Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


(Page 1) | 2 | 3 | .... | 5 | newer

    0 0
  • 01/04/09--09:42: Zniszczenia wojenne
  • "DZIENNIK POLSKI" Nr.1, Niedziela, 4 lutego 1945 r.



    Treść artykułu:

    "Wskutek wysadzenia w powietrze wia­duktu kolejowego na ul. Kopernika, odda­lony zaledwie o kilkadziesiąt metrów dom Tow. Lekarskiego przy ul. Radziwiłłowskiej 4 uległ ciężkiemu uszkodzeniu. Siła wybuchu musiała być wielka, kiedy zni­szczyła wszystkie okna i drzwi, zerwała dach, a ściany domu popękały. Słynny wi­traż St. Wyspiańskiego „Apollo", wyobra­żający system astralny Kopernika, uległ prawie całkowitemu zniszczeniu.

    Dziś wnętrze domu Tow. Lekarskiego znajduje się. w stanie godnym pożałowania. Jedynie cenna biblioteka z zakresu medycyny, obejmująca kilkanaście tysięcy to­mów, ocalała.

    Wnętrze domu Tow. Lekarskiego zostało urządzone według projektu St. Wyspiańskiego w roku 1905, dzięki interwencji prof. dr J. Nowaka, gorącego wielbiciela twór­czości Wyspiańskiego. Wyspiański pro­jektował tam: klatkę schodową, stylizowa­ne liście kasztanu, krzesła, drzwi i t. d., a przede wszystkim witraż „Apollo".

    Witraż ten jednak może być zrekon­struowany, gdyż projekt (akwarela), znaj­duje się w zbiorach prof. tir J. Nowaka.

    G. P."

    Odnośnie artykułu:
    W 1972 roku zrekonstruowano witraż "Apollo i system słoneczny" wg oryginalnego zachowanego kartonu. Dopiero na początku lat osiemdziesiątych XX wieku, przeprowadzono kompleksową rewaloryzację budynku przywrócono oryginalny wystój wnętrz, a od 1992 roku kamienica przy ulicy Radziwiłłowskiej 4 stała się ponownie własnością Towarzystwa Lekarskiego.

    • Witraż Apollo
















    0 0
  • 01/04/09--10:27: Moda lat 30-tych w Polsce
  • Po wielkim kryzysie 1929 roku, którego skutki boleśnie odczuła również Polska, zmieniła się damska moda a także niektóre kobiece obyczaje. „Wyzwoloną chłopczycę”, szalejącą na dansingach, zastąpiła w następnej dekadzie kobieta dystyngowana, przestrzegająca w zachowaniu i sposobie ubierania towarzyskich konwenansów.
    (Na zdjęciu jesienna kolekcja z 1930 r. Philippe et Gaston)



    Moda lat trzydziestych podkreślała w sylwetce, ubiorach i dodatkach naturalne walory kobiecości. Stroje były zróżnicowane w zależności od przeznaczenia, ale wszystkie odznaczały się dopasowaniem do figury, podkreśleniem linii ramion, talii i bioder oraz wydłużeniem: w ubiorach codziennych często do połowy łydek, w wieczorowych aż do ziemi.


    Na co dzień kobiety najchętniej nosiły kostiumy z żakietem przypominającym męską marynarkę: poszerzonym poduszkami na ramionach, wciętym w talii, z wyłożonymi klapami; towarzyszyła mu wąska spódnica z kontrafałdą lub zaprasowanymi fałdami.

    Urozmaiceniem dość surowego kostiumu były jasne bluzki, kamizelki i kobiece dodatki: sztuczne kwiaty, przypinane do klapy żakietu bądź bardzo popularny, narzucany na ramiona kołnierz z lisa. Przywrócone do łask sukienki modelowały figurę precyzyjnymi i skomplikowanymi cięciami.

    Lubiono dopasowane bluzki, często dzianinowe, z poszerzonymi górą rękawami oraz opięte na biodrach spódnice.

    Suknie wieczorowe były albo bardzo obcisłe, „wężowe”, krojone ze skosu i na ogół pozbawione rękawów, albo z mocno dekoltowanym stanikiem, bolerkiem i sutą, kloszową spódnicą.

    Do letnich ubiorów noszono krótsze od nich płaszcze lub pelerynki, a zimą nadal preferowano różnego rodzaju futra, przeważnie o płaskim włosie ( źrebaki, karakuły ).


    „Powrót kobiecości” oznaczał także zmianę fryzury – panie nosiły włosy dłuższe, starannie ułożone w pukle i fale, a nienaganny wygląd uczesania zapewniała „wieczna” ondulacja parowa lub elektryczna.

    Najmodniejsze były włosy blond, uzyskiwane często przy pomocy płynów rozjaśniających.

    Kapelusze, coraz mniejsze i bardziej fantazyjne, miały tak różnorodne kształty, że w 1936 roku stwierdzano: „O jednolitości fasonu w ogóle nie ma mowy. Są kapelusze z filcu o główkach jak meloniki albo w stylu Gainsborough /.../. Jeszcze inne sterczą wysoko nad czołem jak rosyjski kokosznik albo czapka grenadiera. Na rondku krzyżują się zwykle dwa płaskie piórka„. Powróciła moda na woalki przy kapeluszach, dodające kobietom tajemniczości i kryjące mankamenty twarzy.

    Pończochy codzienne miały dyskretny, dymny kolor, a do toalet wieczorowych używano cienkich pończoch gazowych.

    Obuwie – kryte, z plecionych pasków, ażurowe, często wykonywano z kilku rodzajów i kolorów skór, zamszu lub tkanin; do codziennego ubioru noszono pantofle na wygodnych, słupkowych obcasach, na wieczór zaś na wysokich.

    Zazwyczaj komplet z obuwiem stanowiła torebka, podobnie jak skórzane rękawiczki ( krótkie na co dzień, długie poza łokieć na wieczór ) dobrane do przeznaczenia i kolorystyki stroju.

    W biżuterii dominowały brosze i klipsy, ale najchętniej zdobiono ubiór, kapelusze czy fryzury ze sztucznymi kwiatami.

    Kryzys ekonomiczny wpłynął na wzrost popularności tańszych tkanin, głównie perkali, które Polki chętnie stosowały w codziennych letnich ubiorach.
    Wśród tkanin wełnianych prym wiódł angielski tweed, na wieczorowe kreacje tradycyjnie przeznaczano jedwabie. Coraz większym powodzeniem cieszyły się dżerseje, różnego rodzaju dzianiny i gotowe wyroby trykotarskie.
    Materiały na letnie suknie i bluzki pokryte były drobnymi, naturalistycznymi wzorami kwiatowymi, zaś w tkaninach wełnianych kratami i kratkami.

    Obok koloru czarnego, dominującego w strojach popołudniowych i wieczorowych, oraz białego, odpowiedniego zarówno na dzień, jak i na wieczór, moda lat trzydziestych wprowadzała nasycone, niekiedy nawet jaskrawe barwy, często łączone kontrastowo.

    "Elegantki i dżentelmeni", prof. dr hab. Anna Sieradzka

    *************************************************************************************

    ODNOŚNIE ARTYKUŁU

    Atrybuty mody lat 30-tych:
    • różnego rodzaju futrzane kołnierze
    • pasek z kontrastową klamrą, podkreślający talię
    • kokardka na wysokości talii
    • sztuczne kwiaty
    • broszki, klipsy
    PRZYKŁADOWE SUKIENKI WIECZOROWE




    KAPELUSZE




    Bolero -manteau z karakułów



    BUTY

    Piękna para butów z etsy


    Z katalogu


    0 0
  • 01/08/09--11:41: Byt w dawnym Krakowie
  • Leówki :) - szalety publiczne (z uwagi na przyzwoitość wyłącznie miejskie), których inicjatorem był prezydent Krakowa prof. Juliusz Leo. Powstanie szaletów wiązało się z procesem europeizacji miasta. Odrzucono sugestię, by podobnie jak wcześniej w Wiedniu - funkcję szaletu publicznego dla oszczędności pełnił funkcjonariusz magistracki, osłaniając klienta szeroko rozpostartym płaszczem :)

    wg. Mieczysław Czuma & Leszek Mazan "Austriackie gadanie, czyli Encyklopedia Galicyjska"


    0 0
  • 01/08/09--13:58: Milicya galicyjska

  • "Mylność przysłowia. Zwykle mówią: „Suknia nie czyni człowie­ka" — a tu się przeciwnie pokazuje. Milicya kra­kowska, po rozpuszczeniu jej w r. 1836 na nowo zbierająca się, nosiła dotąd mundury krótkie, czyli kurtki granatowe z niebieskiemi wyłogami i koł­nierzem. Teraz, aby jej odjąć wszelkie podobień­stwo, że to są żołnierze (a do tego Polacy), z jakiejś woli wyższej postanowiono i nakazano, aby milicyę tę ubrać we fraki niemieckim krojem, z długiemi polami, i tak już jest ubrana. A zatem widać, że są niektórzy, co wierzą w to, że nie serce, ale kusy ubiór stanowi żołnierza. Mogą już spać spokojnie ci, którzy się bali kusej kurtki, po tej jej reformie."


    Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego. T. 1

    W Wolnym Mieście Kraków funkcje policyjne w ramach Dyrekcji Policji pełniło 500 milicjantów i 40 konnych żandarmów. W 1817 roku milicję podzielono na ruchomą (pełniącą służbę policyjną) oraz nieruchomą (pełniącą służbę wartowniczą i honorową). Żandarmeria zajmowała się wykrywaniem zbrodni i ciężkich przestępstw, aresztowaniem sprawców schwytanych na gorącym
    uczynku, zapobieganiem żebractwu i włóczęgostwu, ochroną własności i bezpieczeństwem
    mieszkańców, zapobieganiem i likwidowaniem nielegalnych zgromadzeń. Na podstawie specjalnego zezwolenia mogli dokonywać rewizji (jedynie w dzień, a w nocy tylko w sytuacjach nie cierpiących zwłoki).
    W żandarmerii obowiązywały ściśle określone warunki przyjęcia do tej formacji. Kandydatem musiał być mężczyzna w wieku 25-40 lat, o wzroście minimum 5 stóp i 4 cale, który odsłużył 6 lat w wojsku lub 5 lata w milicji, umiejący czytać i pisać po polsku. Kandydat musiał być człowiekiem poważnym, postępować zgodnie z zasadami moralności chrześcijańskiej, unikać hazardu, pijaństwa i nierządu. Nie mógł (podobnie jak jego żona) prowadzić szynku lub zakładu rzemieślniczego.

    W 1849 roku w trakcie reorganizacji służb policyjnych Austrii, żandarmeria krakowska została
    wchłonięta przez austriacką, co też i opisuje Ambroży Grabowski.

    0 0
  • 01/10/09--13:52: Rady gospodyni "krakowskiej"

  • Trafiłam na ciekawe kalendarze dla gospodyń z końca XIX w. Rady i przepisy kulinarne jak najbardziej są aktualne i teraz. Po świętach cytrusy w sklepach w dalszym ciągu są tanie, dlatego też proponuję Wam przepis na:

    Gorzką pomarańczową wódkę

    "W czasie wielkiej obfitości pomarańcz można jo do wszystkiego zużytkować. Przypominamy zabiegłym gosposiom, iż to czas przygotowania likieru pomarańczowego, teraz zaś podajemy tu bardzo łatwy sposób zrobienia wybornej a ulubionej wódki. Wlać w gąsiorek kwartę spirytusu najlepszego, używanego do likierów, dolać do tego pół kwarty czystej miękkiej wody i w ten gąsiorek kłaść w miarę używania pomarańcz, skrawane żółto skórki, bez spodniej białej skóry; do tej ilości wódki nie można więcej jak z 10 pomarańcz użyć skórek. Gąsiorek stać powinien w cieniu bez światła dni 8 do 10, wtedy zlać płyn, cedząc go od razu przez cienki muślin do butelek. Gdyby się okazało, że za wiele ma goryczy, dolać jeszcze pól kwarty spirytusu zmieszanego z kwaterką wody, butelki zakorkować i po czterech tygodniach używać. Uwaga. Nigdy nie należy skórek moczyć w czystym spirytusie, gdyż z powodu wydzielonego olejku z pomarańcz, dobierając go potem wodą, zbieleje jak mleko i tylko bardzo starannem filtrowaniem powraca mu się klarowność, czego uniknąć można, dobierając w połowie spirytus wodą. Doświadczałam tego kilkakrotnie.
    L.Ć."


    Odnośnie reklamy:
    • W Izdebniku znajdowała się kiedyś słynna na całą Galicję i resztę Austro-Węgier wytwórnia alkoholi gatunkowych. Była nazywaną fabryką wódek zdrowotnych, a jej produkty to powszechnie znane jarzębiaki. Założycielem tej firmy był przedstawiciel cesarskiego rodu Habsburgów - arcyksiążę Rainer. W latach trzydziestych XX w. fabryka, jak i cały klucz majątków ziemskich (Izdebnik, Zakrzów, Jastrzębie), zostały zakupione przez Zygmunta Lewakowskiego, senatora II RP.
    • W Izdebniku znajduje się także budynek austriackiej poczty konnej z 1780 r.
    • Ciekawy artykuł o tym jaki alkohol pito w Małopolsce, możemy znaleźć na łamach "Gazety Wyborczej"
    • Poniżej znaleziona na stronach aukcji allegro butelka Koniferynki (likier ziołowy z dodatkiem jarzębiny, ziół i młodych pędów sosny)



    0 0

    "W 1938 r. regent przybył pociągiem do Krakowa wraz z najstarszym synem Stefanem. W Krakowie, chlebem i solą przywitał ich Prezydent Mościcki oraz prezydent miasta Krakowa Mieczysław Kaplicki (dawny legionista, który bardzo zasłużył się dla unowocześnienia miasta). Horthy wspomina przejazd w samochodzie otwartym ulicami Krakowa, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem. Celem zaproszenia go do Polski była próba wybadania stanowiska Węgier wobec poczynań Niemiec (w tym kwestii Gdańska). Rozmawiał on z Mościckim, Rydzem - Śmigłym, Beckiem i Sosnkowskim. Na filmie Horthy wraz z Prezydentem Mościckim jadą na Wawel uliczkami Krakowa.

    Eskortę samochodu prowadzi 8 pułk ułanów z Krakowa. Piechota to prawdopodobnie 20 pułk piechoty, możliwe, że powiększony.

    Początek to ul. Basztowa, potem Brama Floriańska, Rynek Główny (pomnik A.Mickiewicza), Barbakan, wjazd na Wawel, wejście do Katedry Wawelskiej, zgrupowanie na Basztowej, ul. Floriańska do Rynku Głównego (w oddali widać Kościół Mariacki), znowu Rynek Główny, przejazd obok kościoła św. Wojciecha, potem chyba pl. Matejki i wjazd na Wawel."

    by
    pathe39





    Miklos Horthy
    (1868-1957)
    Austro-węgierski admirał i węgierski polityk. W 1918 roku został nawet naczelnym dowódcą całej floty cesarsko-królewskiej. Pokonał komunistyczną republikę rad w 1919 roku, jaka zagnieździła się w Budapeszcie, zamieniając życie Węgrów w krwawy koszmar. Od 1920 roku regent Królestwa – zapewnił krajowi stabilność w niezwykle ciężkim momencie dziejowym, kiedy Węgry traciły, na mocy traktatów z Petit Trianon kończących I wojnę światową, większość swojego terytorium. Umiejętnie lawirował wobec narastającej potęgi III Rzeszy i bezczynności Wielkiej Brytanii i Francji. Zmuszony do sojuszu z III Rzeszą (po opuszczeniu go przez zachodnie mocarstwa, na które zawsze można liczyć). W 1944 roku podjął próbę zawarcia pokoju z aliantami (którzy go wcześniej popchnęli w łapy nazistów) w wyniku czego został usunięty przez Niemców z urzędu. Zmarł w 1957 roku na emigracji w Portugalii.

    (Miklos Horthy z rodziną)

    Admirał Horthy po klęsce wrześniowej nadal uznawał państwo polskie, na terenie Węgier były polskie placówki dyplomatyczne, a szeroki strumień uchodźców do armii polskiej we Francji (teoretycznie wroga Węgier) płynął nieprzerwanie. We wrześniu 1939 roku zabronił przechodzenia wojskom niemieckim przez węgierskie terytorium.

    więcej w Wikipedii

    Blog o Miklósie Horthy po węgiersku :)



    0 0

    Ten filmik stanie się "mottem" tego blogu. Przepiękne zdjęcia, unikalne, a najważniejsze w tle, oprócz zabytków jest mnóstwo ówczesnych mieszkańców Krakowa!
    Eh, maszynę czasu potrzebuję koniecznie za wszelką cenę!!!
    Ileż to razy chodząc po Rynku i okolicach wyobrażałam że teraz nie XXI w., a początki XX, a ja - to nie ja tylko ... (i tutaj w zależności od nastroju przebierałam wśród postaci żeńskich i męskich ówczesnej, że tak powiem - bohemy).
    Ten blog to nic innego niż przedłużenie tych ulotnych momentów załamania świadomości...

    Kraków lata 20-te


    0 0
  • 01/31/09--15:23: Moda lata 30-te, część 2
  • "Moja Przyjaciółka" 1936 r.
    (pisownia oryginalna :) )

    Codzienna suknia Pani

    "Pani pracująca w biurze, czy Pani domu, spędzająca większą część dnia w czterech ścianach swojego mieszkania, musi być cały dzień ubrana.

    Minęły już te czasy, kiedy pani domu chodziła do obiadu w szlafroku, nieumyta i nieuczesana, w przydeptanych pantoflach. Dziś trzeba być ubraną, taka jest moda i to moda tym razem wyraźnie słuszna, wyraźnie rozsądna.

    Typ domowej sukienki nie różni się niczem od sukienek do biura. Są to suknie z wełen o kroju prostym, angielskim, przybrane efektowną kokardą taftową, białym garniturkiem, składającym się z kołnierzyka i mankiecików, efektownym paskiem, czy guzikami. O ile chcemy, aby te sukienki wyglądały elegancko, muszą one być zrobione z materiału w wysokim gatunku i dobrze uszyte, sharmonizowane do koloru sukienki, pończoch, pantofli i torebki podniesie ich elegancję.

    W takiej sukni pani prosto z biura może iść z wizytą, może na upartego iść nawet do teatru. Zresztą coraz częściej zauważyć można w teatrze panie ubrane skromnie, właśnie w domowe wełniane sukienki. Może to i słusznie, z pewnego punktu widzenia. Teatr nie jest przecież świętem, jest taką samą kulturalną strawą, jak książka, więc dlaczego stroić się i upiększać specjalnie."



    A teraz jak? Znowu wróciły szlafroki i przydeptane pantofle? Chociaż może jeszcze gorzej - teraz mamy dresy. I teatr niestety znowu jest świętem, chociaż nikt już się nie stroi ...

    0 0


    Niesamowicie ucieszył mnie fakt, że od marca wraca na mapę krakowskich kin założona w 1912 roku "Uciecha". Będzie to teraz kino studyjne, udostępniające swoje wnętrza także dla potrzeb spektakli teatralnych sprowadzanych z całej Polski. Do przeczytania artykuł w "Gazecie Wyborczej" Kinoteatr pełen uciech powraca.

    Niegdyś właśnie tam przed seansem filmowym, przed ekranem, dla urozmaicenia występowali artyści cyrkowi, kabaretowi. Będzie to piękny powrót do korzeni.

    Reklama kina z lat 20-tych:





    Z pewnością w repertuarze tego kina był popularny w latach 1928-29 film Ryszarda Eichberga z Anną May Wong "Brudne pieniądze".



    O aktorce - Chince wygnanej z Holywood, pisały wszystkie ówczesne przeglądy filmowe. Artykuł z biuletynu filmowego Teatru Świetlnego "Słońce" (Poznań).

    (pisownia oryginalna)

    "Ryszard Eichberg, jeden z szeregu najsławniejszych realizatorów i znawca psychiki publiczności kinowej, posiada poza wiedzą fachową, talent specjalny do wynajdywania gwiazd filmowych.

    (obok kadry z filmu).

    W najnowszem swojem arcydziele ,,Brudne pieniądze", podług pomysłu znanego pisarza dra Karola Yollmoellera, ukaże nam Eichberg prześliczną Chinkę z Hollywood; znaną nam już z obrazów amerykańskich, której talentu realizatorzy nowego świata nie umieli dotychczas, niestety, wyzyskać, nie powierzając jej odpowiednich ról.

    Anna May Wong, urodzona w Los Angelos w Kalifornji, z rodziców Chińczyków, osiadłych od szeregu lat w Ameryce, dotychczas jeszcze nie odwiedziła swej ojczyzny, której bezustanne zamieszki polityczne i wojna domowa nie zbyt zachęcają do zwiedzania. Anna May Wong, oprócz rodzinnym, włada świetnie językiem angielskim. Na razie angażowano Annę May Wong na przeciąg dwóch miesięcy do powyżej wymienionego obrazu. Jest nadzieja jednak, iż uda się ją pozyskać na dłużej. Urocza i młodziuchna tragiczka, zdobyła przebojem sympatję publiczności europejskiej, fotografje jej zdobią wszystkie pisma ilustrowane, a podwieczorkiem, wydanym dla prasy i zaproszonych gości ze świata artystycznego zawojowała nawet najoporniejszych. Urocza Chineczka zjawiła się wśród swoich gości, ubrana w strój narodowy (kaftan i szarawarki), z pąsowego brokatu, haftowanego bogato złotem i miała małą przemowę w języku chińskim, powtórzoną następnie po angielsku, w której, witając swych gości i dziękując za uczyniony jej zaszczyt, zapewnia, że starać się będzie o pozyskanie i utrzymanie sympatji mieszkańców Europy, której jest obecnie chwilową tylko mieszkanką. Mowę pięknej „laleczki" przyjęto huraganem aplauzów, poczem Anna May Wong osobiście rozdawała herbatę, przyrządzoną na sposób chiński.

    Jesteśmy przekonani, że urocza ,,chińska laleczka" swą mistrzowska kreacją w „Brudnych pieniądzach" podbije sobie również cała Polskę i niedługo i u nas mieć będzie miljony entuzjastów i wielbicieli."

    Anna May Wong (1905-1961) przez większość swojego życia była dyskryminowana z powodu swojego chińskiego pochodzenia. Jej filmy były cenzurowane, otzrymywała ona także o wiele niższe gaże (za główną rolę w filmie jej płacono ok. 6 tys. dolarów, przy czym np. Marlene Dietrich za mniej kasowe filmy - ponad 70 tys.)
    W latach 30-tych w Stanach Zjednoczonych zaczął obowiązywać nowy kodeks filmowy, zaczęła obowiązywać tzw: "czystość rasowa w melodramatach". Anna Maya była zmuszona do ponownego wyjazdu, tym razem do Anglii.
    Jej kariera zaczęła gasnąć wraz z nadejściem II wojny światowej. Ostatni raz ukazała się na ekranach kina w 1960 r. w filmie "Portret w czerni". Zmarła rok później na zawał serca.
    Jako że aż do 1948 w Stanach Zjednoczonych były zakazane mieszane małżeństwa, Anna Maya nigdy nie była zamężna. Jej największą miłością pozostał angielski pisarz, scenarzysta - Eric Maschwitz.

    Ciekawy artykuł na jej temat na łamach "The Times": "Anna May Wong did it wright".


    0 0
  • 06/16/09--14:28: Varia
  • Smutny porzucony przeze mnie blog usycha z braku nowych postów....

    Cóż miałam prawdziwy zawrót głowy a zainteresowania na pewien czas powędrowały w stronę Wenecji i Toskanii, w której spędziliśmy cudowny tydzień wydłużony w zawojach mózgo-czaso-przestrzennych do granic miesiąca. I jeszcze trzyma mnie Florencja, Medyceusze, renesans, zapach rododendronów przemieszany z drzewami oliwnymi, kawą i lodami :)

    Zdjęcia na picasie.

    Wędrując tak sobie po tych pra-starych miejscach, połykając sztukę na każdym calu i gubiąc się w historiach i legendach, Kraków stawał się zbyt prowincjonalny, zbyt swojski, ... i gdzieś tam jednak nudny.... (ups..)
    Wystarczyło wrócić i znów zachwyt!!! Ileż tu zieleni, cienia, ochłody! Przepięknych kamiennic, cudownie zaniedbanych godeł, witraży, wspomnień, historyjek i ... spokoju. Mój Ci on jest :) Może nie ze względu na czas zamieszkania, lecz ilość szufladek na jego temat, które już są w mojej wyobraźni. Dobre uczucie :)


    0 0
  • 06/16/09--15:11: Kąpiel w dawnym Krakowie

  • W lecie korzystano z kąpieli wiślanej, jako, że wówczas korytem Wisły płynęła jeszcze prawdziwa, czysta woda i Wisła zasługiwała naprawdę na miano "modrej".

    Oczywiście kąpiele wiślane były najczęściej rozdzielno-płciowe. Dla mężczyzn zlokalizowane za rogatką zwierzyniecką, tzn powyżej mostu Dębnickiego i na Dębnikach naprzeciw Wawelu, koło nie istniejącej już willi Rożnowskich.

    Dla pań natomiast już w roku 1875 założono kąpielisko na Groblach, poniżej ujścia Rudawy. Nie było oczywiście mowy o damskiej kąpieli na otwartej przestrzeni.



    "Na przycumowanych na brzegu galarach stały z desek sklecone szaleciki-garderoby, z których schodziło się przez burtę wprost do koszykowego kojca, rozmiaru nieco większej szafy, w którym dama obuta w łykowe pantofle, odziana w długą do kostek kąpielową koszulę, mogła, wydając serię achochowatych okrzyków zanurzyć się w pozycji półkucznej.

    Koszula tworzyła na wodzie piękny kolorowy balon spod którego wydobywały się z bulgotem bańki powietrza. Stroju dopełniał ceratowy czepek, pod którym musiała się schować cała nader bujna fryzura."
    Taki strój obowiązywał jeszcze w początku XX wieku, a pierwsze kostiumy trykotowe, które dotarły do nas z Ostendy, Riviery francuskiej lansowały oczywiście kobiety ryzykujące swym dobrym imieniem.



    - "Willa Rożnowskich - krótko po powstaniu mostu w roku 1891 Ida i Edward Rożnowscy zbudowali na cyplu dębnickim rozległą willę. Przedstawia ją w całej okazałości widokówka wydana przez Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie w roku 1914.

    Tę imponujących rozmiarów budowę wzniesiono na nieregularnym planie: trzykondygnacyjna, wschodnia część połączona była dwupiętrową przełączką, ze zwróconą w kierunku północno zachodnim wieżą, zwieńczoną dachem w kształcie czworobocznego ostrosłupa. Całość utrzymana w modnej manierze neogotyckiej, otrzymała elewację z czerwonej, surowej cegły.


    O wysokości budynku niech świadczy to, iż dach wieży górował wyraźnie nad murem okalającym wawelskie wzgórze. W gruncie rzeczy gabaryty willi były dość brutalną ingerencją w krajobraz najbliższego otoczenia Wawelu, ale na terenie Dębnik obowiązywała ciągle ustawa budowlana z roku...1786 i wszystko było możliwe.

    Trudno dziś dociec, co zadecydowało o lokalizacji tak dużego i kosztownego budynku na niepewnym, zalewowym terenie. Być może to kaprys zamożnego człowieka (Edward Rożnowski wywodził się ze znanej krakowskiej rodziny fabrykantów mydła), chęć posiadania okazałej rezydencji, dębnickiej przeciwwagi dla Wawelu? Około 1920 willa przeszła na własność skarbu państwa i mieściła odtąd Dyrekcję Dróg Wodnych. Kilkakrotnie zmieniał się adres, początkowo Dębniki 15, później ul. Rybacka 14, a w latach 30. ul. Rybacka 2.

    Niestety, stojący nad samą Wisłą budynek niszczony był ustawicznie przez ciągłe i długotrwałe wylewy rzeki (m.in. w 1903 i 1925 roku). Po ostatniej wielkiej powodzi w 1934 r. podjęto decyzję o rozbiórce willi. Równocześnie, aby uniknąć niebezpiecznych dla żeglugi zawirowań rzeki i podmywania brzegu wawelskiego, postanowiono skrócić cypel o około 40m. Willę rozebrano ostatecznie w roku 1938. Na jej miejscu powstała plaża „Wawel”, która zniknęła pod wodą po nieszczęsnym spiętrzeniu wód Wisły (podniesienie lustra wody o ok. 3 m w 1965 roku)."

    Artykuł Krzysztofa Jakubowskiego z "Dziennika Polskiego" 17.2.2002.


    Willa Rożnowskich z lotu ptaka podczas powodzi w 1925 r.



    0 0
  • 06/18/09--15:12: W pamięci i na zdjęciach

  • Ciągle szukam czegoś na temat Rożnowskiego i jego willi.

    (obok na pierwszym planie statek pasażerski "Światowid")

    Najbardziej interesował mnie powód przejęcia budowli przez Skarb Państwa. Co się stało, że tak zamożna rodzina po zaledwie 30 latach zamieszkania, straciła ten przepiękny "zameczek".

    Fakty: (dziękuje Anonimowi za dokładniejsze informacje!)

    - Stanisław Rożnowski był właścicielem Parowej fabryki mydła na ul. Pędzichów 9-11 (Fabryka ta istniała od 1874 r.). Po jego śmierci, wdowie pomaga Jan Rożnowski.

    - Jan Rożnowski w 1918 r. wraz z Bronisławem Różeckim tworzą spółkę "Towarzystwo Akcyjne -Mydło", później buduje fabrykę mydła w Trzebini. To stamtąd wywodzi się po dziś dzień chwalone za łagodne ph, hit PRLu - mydło "Biały jeleń".

    ("Nazwa "Biały Jeleń" nawiązuje do legendy o Św. Hubercie, któremu w czasie polowania ukazał się biały jeleń z krzyżem między rogami. Głowa takiego jelenia wytłoczona była na jednym z boków kostki mydła. W okresie powojennym krzyż z poroża został usunięty." - Wiki).

    Tamże produkowano mydło "Lux", proszek "Radion" i podobne ówczesne gospodarcze nowinki.

    Teraźniejszy "Biały jeleń" jest wytwarzany przez Pollenę-Ostrzeszów i uwielbiają go manualnie uzdolnione, jako że służy dobrą bazą do robienia różnego rodzaju smakowitych mydełek. (Więcej informacji na ten temat na forum Craftladies).

    Ale powróćmy do Rożnowskich. Okazuje się za tym, że (wg strony krakowskich strażaków), w 1922 r. wybucha w Krakowie groźny pożar, który niszczy między innymi fabrykę mydła Rożnowskiego.

    Domysły: Czyżby to wtedy Rożnowscy popadli w bankructwo i musieli się wyrzec willi na rzecz Skarbu Państwa??? Może ktoś posiada jakiekolwiek informacje na ten temat?

    A teraz nie pozostaje nic innego jak podziwianie cyplu i rezydencji na zdjęciach znalezionych na audiovis.nac.gov.pl.


    Widok z Wawelu



    Powódź w 1925 r.



    Przecudne magiczne zdjęcie, nieprawdaż?

    I na koniec reklama Fabryki Rożnowskiego ze Skorowidza Przemysłowo-Handlowego Królewstwa Galicji z 1906 r.



    0 0
  • 06/20/09--07:28: Krakowski tramwaj
  • Dzieje krakowskiego tramwaju (oczywiście początkowo konnego), rozpoczynają się w 1881 r. Pierwsza linia biegła z dworca kolejowego przez Bramę Floriańską, Rynek, Grodzką, Krakowską do mostu Podgórskiego.

    Pięć lat później uruchomiono linię numer dwa, która łączyła Park Krakowski z Rynkiem.

    Wraz z uruchomieniem pierwszej elektrowni miejskiej pojawiły się i pierwsze tramwaje elektryczne.

    "Pojawienie się pierwszego tramwaju elektrycznego jest w Krakowie wydarzeniem na miarę sensacji, a wśród gapiów, tworzących niemal szpalery wzdłuż trasy, słyszy się komentarze, że nowy tramwaj jest zawieszony na drucie. "Stanisław Broniewski

    (Tego samego dnia 16.3.1901 odbyła się też w nowym teatrze premiera "Wesela" Wyspiańskiego - ciekawe czy miała tylu samo widzów.....)

    Przedsiębiorstwo kolei elektrycznych, by powiększyć swoją sieć, musiało toczyć ostre walki z właścicielami kamienic. Nie chcieli oni się zgodzić na zakotwiczenie drutów, gdyż wg nich powodowało to hałas, wstrząsy budynku, a przede wszystkim taki drut będzie ściągał pioruny. Nie pozostawało nic innego jak stawianie słupów obok tych kamienic. Słupy te stały się szybko ulubionym miejscem piesków i pijaków (solidne oparcie :)).

    Wraz z pojawieniem się tramwaju elektrycznego pojawił się też problem zagrożenia zburzenia Bramy Floriańskiej, gdyż teraz tramwaj z pudłem elektrycznym ledwo się mieścił pod łukiem. Dzięki Bogu tak się nie stało, gdyż miłośnicy zabytków wymyślili na to najprostsze z możliwych rozwiązanie: po prostu obniżono poziom ulicy o kilkadziesiąt cm.


    Po roku powstały jeszcze trzy linie: trójka - z ul. Dietla przez Starowiślną do Rynku Głownego (a później do dworca towarowego), czwórka - Rynek, Szewska, Podwale, Wolska do parku Jordana, piątka - z ul. Długiej przez Rynek Główny do Zwierzynieckiej. Wszystkie więc linie przebiegały przez Rynek, a naprzeciw wylotu Siennej ustawiono poczekalnię z kasą biletową.

    W czasie I wojny światowej konduktorami zaczęły być kobiety, które w drodze na Salwator (tam biegła pierwsza linia normalnotorowa (poprzednie były wąskotorowe) - Salwator -Rynek Podgórski, a także kolejna linia Salwator -Kamienna (dworzec towarowy)) przed mostem na Rudawie wyskakiwały z dojeżdżającego tramwaju, aby łyknąć herbaty (lub czegoś mocniejszego na rozgrzewkę) w restauracji "Pod elektryczną dziewczyną" :) Cóż za cudowna nazwa dla takiego lokalu!!!


    Jazda tramwajem była tania, jedyne 12 halerzy za przejazd "jednej sekcyi" w pierwszej klasie, jako że wnętrze pojazdu dzieliło się na dwie klasy. Klasa druga miała zwyczajne ławki aż na ośmiu pasażerów, a pierwsza sześć siedzeń obite czerwonym pluszem.

    Cóż, później krakowskie tramwaje czekał inny, okropny podział ...


    Gdy tramwaj docierał do pętli "pan motorowy zakręcał kolbę hamulca, brał linkę drążka zakończonego w górze rolką biegnącą po przewodzie, drugą ręką zdejmował tarczę z czerwoną szybką tylnej latarni i przenosił je na drugą stronę pojazdu. Przed ruszeniem w drogę powrotną należało jeszcze przestawić "furtki", ażurowe kratownice zamykające wejścia na pomosty z prawej strony, jako że obowiązywał ruch lewostronny ". Stanisław Broniewski "Igraszki..."


    A teraz parę obrazków dla tych , którzy ciągle narzekają na tłok ... w dawnym Krakowie było gorzej :)


    I częste były takie to wypadki ...

    Zdjęcia jak zawsze pochodzą z audiovis.nac.gov.pl



    0 0


    "W roku 1367 r. Kazimierz Wielki nie chcąc się dalszemi przejażdżkami do Nicpołomskiego zamku od prac publicznych odrywać, kazał sobie zbudować w Łobzowie letnie z drzewa mieszkanie, i tam z upodobaniem przepędzał chwile od pracy i od królewskich trosków wolne.

    Niektórzy twierdzą, iż w tem wiejskiem ustroniu, wytwarzał zbawienne pomysły do urządzenia państwa, a inni złośliwi, odsłania
    jąc odwrotną stronę znakomitych wielkiego króla przymiotów, pomawiają go o naganne w Łobzowie miłostki z Rokiczanką a później z piękną żydówką Esterą, której mogiłę (jeżeli nią jest rzeczywiście) w środku ogrodu podanie dziś jeszcze wskazuje."Kraków przed czterdziestą laty" Wielogłowski Walery, Kraków, 1871.

    Żydówka Estera Małach - wg. legendy w wielkiej rozpaczy spowodowanej
    niestałością uczuć ukochanego popełniła samobójstwo, rzucając się z okna zamkowej wieży w Łobzowie. Pochowano ją na terenie parku w pobliżu zameczku. Z woli króla usypano na jej grobie kopiec. Kopiec ten, nazwany kopcem Esterki, miał wysokość około 8 m, a średnica prze ziemi wynosiła ok. 29 m.

    Zamek Łobzowski - pod koniec XIV w. stanowiła trzy kondygnacyjna, ozdobna wieża mieszkalna, na rzucie kwadratu, opasana czworobocznym murem obronnym, otoczona fosą z przepływającą wodą doprowadzoną z Młynówki Królewskiej. Posiadłość Kazimierza Wielkiego była wielokrotnie rozbudowywana przez znakomitych architektów Santiego Gucciego i Giovanniego Trevano.

    Otaczające ogrody, pośrodku których był Kopiec Esterki, początkowo utrzymane były w stylu gotyckim, później renesansowym, wreszcie barokowym, a sama królewska pałacowo-ogrodowa rezydencja była pierwszą tego rodzaju w ówczesnej Polsce. Z siedzibą w Łobzowie związana jest także romantyczna opowieść o królowej Jadwidze:
    "W tym-tu mieyscu, lub w pobliskich cha­tach ukrywał się w r. i586 Wilhelm xiąże Austryacki, narzeczony Jadwigi krolowey polskiey, w czasie uroczystości wiazdu Wła­dysława Jagiełły do Krakowa, chrztu, koronacyi i zaślubienia królewskiego: a nawet w pewnym razie gdy go śpiegowie szukali, siedząc w kominie na zasadzoney tam belce, pilność ich omylił."
    "Kraków przed czterdziestą laty" Wielogłowski Walery, Kraków, 1871.

    W łobzowskim pała­cu urodził się syn królewski - Władysław IV. W wieku XVI i XVII z Łobzowa wyruszały paradne orszaki królewskie, by odbywać uroczyste wjazdy do miasta, związane z koronacjami, zaślubinami, pogrzebami lub sukcesami militarnymi.

    Tu witano Bonę Sforza, Annę Austriacką i wiele innych znakomitych osobistości. Niestety, podczas potopu szwedzkie­go pałac został obrabowany i spalo­ny. Odbudował go król Jan III So­bieski. To tu właśnie był postawiony namiot Wiel­kiego Wezyra, gdzie Sobieski przed wyprawą na Wiedeń skoncentrował ponad 22 tysiące wojska.

    To właśnie ten pałac posłu­żył mu za wzór dla rezydencji w Wilanowie.

    Opis ogrodu z tamtego czasu podaje, że pełen był on nie tylko pięk­nych, drzew i krze­wów, ziół, a w altanach można było odpocząć przy fontannach i ko­lumnach. Za Sa­sów ogród wraz z pałacem był mocno zniszczony.
    Pierwsze prace konserwator­skie zaczęła Akademia Krakowska, której pałac przekazał ostatni król Polski - Stanisław Au­gust Poniatowski. Otoczenie prze­kształcono w ogród botaniczny. Nieste­ty, po zaborach pałac popadł w ruinę.

    Za czasów Rzecz­pospolitej Krakowskiej wyremon­towano skrzydło południowe kosz­tem rozbiórki pozostałych. U
    porząd­kowano ogród, a jego część przekształcono w park. Stał się on mod­nym miejscem spacerów i wycie­czek. W odnowionym pałacu, nowy właściciel - Towarzystwo Strzelec­kie organizował nie tylko spotka­nia, ale i uczty królewskie.

    I teraz przechodzimy do najsmutniejszej części

    Po upadku Rzeczypospolitej Krakowskiej Austriacy zrobili tu najpierw magazyny, a potem w 1850 r. zbudowali Szkolę Kadetów ( wykorzystując pozostałości murów zrujnowanego pałacu).

    Zachowali jednak park, który był także w międzywojniu.
    W tym samym czasie mieścił się tutaj także najpierw Korpus Kadetów, a później Szkoła Podchorążych Piechoty. Podczas okupacji niemieckiej były prowadzone prace przy bu­dowie nowej drogi przed pałacem, lecz nie doprowadziło do takiej dewasta­cji jaka miała miejsce później. Tutaj koniecznie muszę przytoczyć słowa ze spacerownika "Gazety Wyborczej":

    "W latach 50. ubiegłego wieku Ludowe Wojsko Polskie przystąpiło do budowy stadionu WKS Wawel. (świadectwo pochodzi z opowieści Ś.P. prof. Janusza Bogdanowskiego).

    Oczywiście w tamtych czasach wszystko co wojskowe, nawet budowa stadionu, okryte było tajemnicą wojskową o stalinowskim rygorze.

    Niemniej jednak wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków (p. Dutkiewicz) udało się zmylić czujność strażników i wszedł na teren budowy jako osoba urzędowa:

    - Panie pułkowniku? A co się stało z kopcem Esterki?

    - Ten pagórek? Spychacze wyrównały. Ale jak pan chce, to ja panu taki kopiec zaraz usypię albo i dwa. Tylko niech Pan pokaże gdzie..."

    Takim to sposobem zdewa­stowano bowiem nie tylko tajemniczy kopiec Esterki, ale także przepiękny ogród, zasy­pano XIV-wieczną Młynówkę Kró­lewską, doprowadzając zarazem do ginięcia grabowego starodrzewu.

    Teraz na części parku znajduje na stacja benzynowa.....

    To przykre, ale ja tylko dziś dowiedziałam się o tej smutnej historii i to za sprawą
    ciut ckliwego wierszu jakiegoś podrzędnego poety....

    A przecież przez 4 lata mieszkania w akademiku "Piast" przechodziłam tam codziennie!!!

    Smutne.....

    Na koniec Kopiec Esterki rysunek F. P. Usenera z 1805 r.



    Projekt rekompozycji ogrodu w niezbyt zadowalającej jakości (1990 r. - chyba nic z tego ....)

    I taki to przygnębiający widok (mapa z końca XVIII w. i google maps)


    0 0
  • 06/27/09--08:45: Ciekawy wodociąg
  • W 1858 r. na fali przeobrażania miasta Krakowa, pojawił się ciekawy pomysł instalacji wodociągowej. A mianowicie inżynier Nietrebski postanowił ulokować zbiornik wody na .... wieży Ratuszowej.

    Tym sposobem chciał zaradzić dwom bolączkom miasta. Po pierwsze - wodotryski z tego zbiornika miały spłukiwać kanały i ulice, których nie polewano, a zatem były pełne kurzu i śmieci, po drugie - zapewniał, że wieże gumowe przytwierdzone do podziemnej rury będą mogły gasić pożar aż do trzeciego piętra.

    A jako, że widma pożarów w dalszym ciągu straszyli krakusów ( wielki pożar w Krakowie był w 1850r. - o tym w następnym poście), to pomysł ten przyjęto z entuzjazmem, lecz na szczęście nie urzeczywistniono (z pewnością, wymówka była uniwersalna - z braku finansów).

    Wg. Maria Estreicherówna "Życie towarzyskie Krakowa w latach 1848-1863

    (Na zdjęciach z audiovis.nac.gov.pl - awaria sieci wodociągowej w Krakowie w styczniu 1933 r.)

    A ja dzięki przewodnikpokrakowie czytam "Wypadek na ulicy Starowiślnej" i smakuje powoli.... ( nie chce jej przeczytać migiem w godzinę, szkoda :) ). Stąd i wodociągi i pożary ....

    Po za tym mam nowy nabytek - kiedyś to musieli z dwie-trzy dojne krowy sprzedać, żeby to kupić (teraz takie też są) - a mianowicie mam maszynę do szycia. Póki co nic mi nie wychodzi, ale postów o dawnym szyciu i modzie będzie zapewne przez to więcej :)


    0 0
  • 07/08/09--10:44: Pożary w dawnym Krakowie
  • W ciągu swoich dziejów Kraków palił się dość często, sprzyjała temu ciasna zabudowa miasta.

    Tylko w samym XV w. zdarzyło się kilka olbrzymich pożarów - w 1455 r. , w 1462 r., w 1473 i w 1475. Spaliła się wtedy duża część miasta, szczególnie zaś ucierpiała ulica Grodzka, część Collegium Maius i w ogóle ponad 100 domów.
    Pożar w 1487 r. zniszczył doszczętnie cały dorobek, a także całą bibliotekę Filipa Kallimacha. (Ten włoski humanista urodził się w średniowiecznym Manhattanie - San Gimignano, który całkiem niedawno podziwiałam osobiście ehhh... jak to wszystko jest połączone ze sobą i zarazem takie bliskie: Kraków-Toskania...). Niestety był to bardzo dotkliwy cios dla Toskańczyka i kolejna plaga morowej zarazy zabrała go ze sobą.

    Miasto w miarę możności starało się zapobiegać pożarom, nakazywano wylepiać gliną kominy, zwłaszcza kominy browarów, piekarni, szmalcowni, ponad to każdy właściciel domu musiał posiadać środki ratownicze pierwszej potrzeby: drabiny, wodę i sporą ilośc piasku.

    Od XIV w. strażnik z wieży Mariackiej dawał sygnał alarmowy dojrzawszy gdzieś pożar. Jeśli pożar już wybuchł obowiązywało natychmiastowe jego gaszenie. Średniowieczne prawo przywidywało wygnanie z miasta za ucieczkę przed ogniem, jeśli uciekający nie okrzyczał pożaru.

    Do gaszenia przede wszystkim byli zobowiązani Ci, którzy dysponowali największą ilością wody, czyli - łaziebnicy. Nakaz ratowania dotyczył jednak wszystkich i wszyscy musieli biec z wodą tam gdzie wybucha ogień. Istniały nawet nagrody: pierwszy, który przybył na miejsce otrzymywał nagrodę w wysokości 1 solida, drugi - 6 groszy, następni po 2 grosze. Obowiązkowo musieli jednak zjawić się z pełnymi beczkami, inaczej zamiast nagrody groziła im kara.

    W 1528 r. pożar, który powstał koło Gródka, zniszczył całą północną część miasta z kościołami: św. Krzyża, św. Ducha, św. Marka, a za murami miejskimi kościół św. Mikołaja, św. Krzyża na Kleparzu i św. Filipa . Kilka tygodni później, spalił się klasztor na Zwierzyńcu, skąd ogień przerzucił się na Kazimierz, gdzie obrócił w popiół ratusz oraz południową i wschodnią część miasta.

    W 1555 r. pożar strawił ponad połowę Sukiennic.

    Nawet nie będę wyliczać wszystkich pożarów, paliło się często i wszędzie. Kalendarium dziejów Krakowa jest nimi przepełniony. A gdzie tam jeszcze Szwedzi, Moskale....


    I tak to oto dochodzimy do najtragiczniejszego pożaru w 1850 r., kiedy to dzięki biurokratycznym zarządzeniom austriackim (w obawie przed rewolucją Austriacy nie pozwalały strażakowi na wieży Mariackiej bić w dzwon alarmowy) spłonęła trzecia część miasta. A stało się tak za sprawą orzechów włoskich (ciekawe, że po rosyjsku są to orzechy greckie, w przeciwieństwie do wszystkich innych języków słowiańskich... nawet Ukraińcy mają "woloski gorichy" :) )

    "Orzechy włoskie potrafią działać jak pociski zapalające i stać się przyczyną zniszczenia 160 domów, czterech kościołów, trzech klasztorów i dwóch pałaców. Właśnie one składowane były w sąsiedztwie tzw. Dolnych Młynów nad Rudawą, które zapaliły się 18 lipca 1850 r.
    Niesione przez wiatr rozprzestrzeniły pożar, który przeszedł dalej przez ul. Krupniczą, Planty, ul. Wiślną, Bracką, Grodzką i wiele innych, nie oszczędzając Rynku. Z powodu drewnianej zabudowy miasta, braku straży pożarnej i małej liczby sikawek, krakowianie szybko zrezygnowali z akcji ratunkowej - skupili się na organizacji samosądów nad domniemanymi podpalaczami. "Dzisiejszej nocy sami tylko starozakonni i chłopi z wsi okolicznych ratują miasto" - pisała ówczesna prasa."
    "Austriackie gadanie czyli encyklopedia galicyjska", M. Czuma

    Helena Modrzejewska w wyniku tego pożaru ( tak a propos' czy ktoś już był w Krzysztoforach na wystawie o niej? jakieś wrażenia ?) jako mała dziewczynka przez długie tygodnie koczowała wraz z matką i innymi krakowianami na łąkach-mokradłach Św. Sebastiana, (teraz tam oczywiście łąk nie ma , ale za to biegnie ul. Sarego).
    Szczegółowy przebieg pożaru jest cudnie opisany u przewodnikpokrakowie - 1 część, 2 część i 3 część. Nic dodać nic ująć :)




    Później był pożar kawiarni "Drobnerion" na rogu Plant i Szewskiej. Narożny szczyt ówczesnego budynku był ozdobiony symbolicznym czajnikiem z kamienia, który obejmowały w koło języki ognia z płonącego dachu. Tylko i czekać kiedy w czajniku zagotuje się woda! Palił się także budynek teatralny na Rajskiej, w którym wówczas mieściło się kino "Excelsior". Pali się i teraz o czasu do czasu, ale już nie tak groźnie, no i nie musimy biec z beczkami i wiadrami gdyż mamy Krakowską Straż Pożarną, która bardzo szczegółowo przedstawia na swojej stronie historię krakowskich pożarów z ciekawymi zdjęciami ówczesnych strażaków.

    Na zdjęciach z audiovis krakowscy strażacy z lat 30-tych, pożar na dachu - ul. Mostowa, pożar w piwnicy na Rynku, a także pocztówki z kawiarnią Drobnera (1885 r. ?) znalezione dawno temu na aukcji allegro (niestety nie ja je kupiłam....).


    0 0
  • 07/12/09--14:02: Krakowski Św. Florian
  • Dalej drążę temat strażacki :) A jaki strażak nie czci świętego Floriana!

    Jego figura na długo stała się częścią polskiego krajobrazu, zwłaszcza dawnego Krakowa.

    Po pierwsze to patron Krakowa, który ochrania wszystkich jego mieszkańców z wysokości baszty Floriańskiej (z legendą o sprowadzeniu jego relikwii do Krakowa możecie się zapoznać u przewodnikpokrakowie).

    Po drugie mamy przepiękny kościół pod jego wezwaniem na Kleparzu, a po trzecie św. Florian był i obecny w codziennym życiu mieszkańców Krakowa jako ... metalowa plakietka

    ".... które przeważnie przybijano nad wejściowymi drzwiami. Plakietki były po prostu znakiem, że dom został ubezpieczony (mówiło się kiedyś "asekurowany") w towarzystwie ubezpieczeniowym, popularnie zwanym w Galicji "fajerkasą".
    Pełniły jednocześnie rolę świętego obrazka i talizmanu. Po cichu wierzono, że bronią domostwo przed ogniem równie skutecznie jak zapalana podczas burzy gromnica. I dlatego jeszcze w latach pięćdziesiątych można było zobaczyć blaszane małe tabliczki pokryte grubą warstwą olejnej farby. Z czasem plakietki fajerkasy zaczęła pokrywać rdza, powoli zapominano o nich, aż wreszcie, całkiem skorodowane, zniknęły z większości domów..."


    Andrzej Kozioł "Dziennik Polski" z 2000.5.6


    Pierwsza na terenie zaboru austriackiego polska "fajerkasa" (Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia w Krakowie) powstała oczywiście w Krakowie i za swoje godło przyjęła postać św. Floriana. To tzw. "Florianka" (teraz tam znajdują się szkoły muzyczne) .Więcej o tym budynku oczywiście u przewodnikpokrakowie.

    Wróćmy natomiast do naszego bohatera.

    Św. Florian jako gorliwy chrześcijanin zginął śmiercią męczeńską w nurtach rzeki Enns w Noricum (obecnie St. Florian w Dolnej Austrii).
    Był on szefem wojskowej służby w armii cesarza rzymskiego Diokleciana, ujął się za prześladowanymi legionistami wyznania chrześcijańskiego i za to skazany na karę śmierci.
    4 maja 304 r. najpierw go katowano (ponoć przy użyciu haka wyłamano mu łopatki), później przywiązano do szyi kamień (młyński) i utopiono.
    Żołnierz, który pchnął go do wody od razu oślepł. Natomiast Florian w nocy ukazał się świętobliwej niewieście Walerii, wskazując miejsce, gdzie, strzeżone przez orła, spoczywały jego zwłoki.
    Waleria odnalazła ciało i pogrzebała je w miejscowości, którą od imienia świętego nazwano St. Florian.

    Za panowanie Kazimierza Wielkiego pojawił się w Krakowie i stał się ulubieńcem strażaków, hutników, kominiarzy, garncarzy, piekarzy, piwowarów, kowali, czyli wszystkich, którzy często mają do czynienia z ogniem.

    Co ciekawe w średniowieczu wizerunek św. Floriana nie posiadał wcale atrybutów patrona od ognia. Nosi on miękką, fałdzistą tunikę i togę, albo widnieje jako rycerz w zbroi rzymskiej lub średniowiecznej, z mieczem, tarczą, na której zwykle - krzyż, z palmą męczeńską, z chorągwią jako atrybutami św, rycerzy i wojowni­ków.

    Dopiero od XV w., znika palma i tarcza, a pojawia się wiadro z wodą i u stóp świętego go­rejący dom lub kościół. Płomienie św. Florian gasi wodą z wiadra.

    Pierwszy zachowany wizerunek świętego mamy w kaplicy Zygmuntowskiej na Wa­welu (zrobiony oczywiście z czerwonego marmuru). Zalewa on tam wodą nie płonący dom lub kościół, lecz wprost tylko płomienie, które u nóg jego buchają, a woda się leje z pięknego dzbana.

    Patron od ognia wzrósł w dziełach Włochów na jeszcze większego mocarza, który nie ogień domu tylko gasi, lecz ten piekielny, namiętności i grzechu. Ale tak naprawdę nie wiadomo kto z Włochów, którzy pracowali przy kaplicy Zygmuntowskiej ( byli to Jan Cini ze Sieny, Antoni i Filip z Fiesole i Wilhelm z Florencji), jest twórcą pomnika.

    A teraz zagadka :) (za dużo odwiedzam pewien blog :P).

    Gdzie (oczywiście w Krakowie) znajdują się te św. Floriany? I gdzie w okolicach znajduje się jeszcze jedna płaskorzeźba świętego? O nich - w następnym poście.

    1.
    2.

    Na zdjęciach: brama floriańska; gmach Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia - zdjęcie Ignacego Kriegera z końca XIX w.; wizerunek św. Floriana w zakrystii kościoła w Pörtschach am Wörther (Austria); św. Florian z kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.

    0 0
  • 07/21/09--12:32: Upał w dawnym Krakowie
  • Cóż zagadka o Floriankach niech jeszcze sobie zagadką zostanie. Może jednak jeszcze ktoś.....


    Ponoć jutro mają wrócić ponad 30 stopniowe upały... Ja na swoim poddaszu ugotuję się i ... powstanie taki rosolik przyprawiony sierścią dwóch kotów (one mają się wtedy najgorzej i tutaj też pryska mit o tym, jak koty nie lubią wody, ba! uwielbiają jak je polewam).

    Stąd dzisiejszy post.



    W 1904 roku lato w Krakowie było suche i upalne. "Czas" dokładnie notował wszystkie grzmoty gdzieś za miastem z nadzieją na burzę czy przynajmniej na krótki deszcz.
    Paniom doradzano podnosić wysoko suknie, by nie powodować większego zakurzenia niepolewanych ulic.
    Proszono pilnować pociechy, by nie sypały piaskiem w przechodniów.
    Pisano prośby do redakcji, by wreszcie zrobiono na Błoniach miejski park dla uboższych, ponieważ inaczej mieszkańcy nie mający pieniędzy na wstęp do Parku Krakowskiego i Parku dr. Jordana, muszą albo tłoczyć się na Plantacyjach, albo odpoczywać pod skwarnym słońcem na Błoniach. Wodociąg miejski odnotowywał niebywałe zużycie wody....


    Koniec lipca był najgorętszy:


    Wyludniony Kraków

    (pisownia oryginalna)

    "Obecnie, z końcem lipca, wyludnienie miasta, rzec można, doszło do zenitu. Na ulicach i plantacjach w godzinach przechadzek przedwieczornych bez porównania mniej osób używa spaceru.

    Popołudniu są chwile, że na ulicach nawet główniejszych widać zaledwie kliku przechodniów.
    W sklepach ruch bardzo słaby. W parku Dra Jordana również szeregi młodzieży, ćwiczącej się fizycznie i używającej zabaw i gier gimnastycznych znacznie się przerzedziły.
    Koncerty, co parę dni, nie ściągają takiej liczby publiczności, co przed dwoma jeszcze tygodniami.
    Za to letnie kawiarnie w pogodne popołudnia i wieczory przepełnione. Z przejezdnych spotkać można najczęściej studenta uniwersytetu warszawskiego w towarzystwie rodziny.
    W przyszłym miesiącu pewna część kuracyuszów powróci już z kąpiel, znaczna tez liczba urzędników zakończywszy urlopy, znów znajdzie się w mieście. Od połowy sierpnia zacznie też być widoczniejszym ruch przejeżdżających z kąpiel zwłaszcza z za kordonu."


    "Czas" 31.7.1904

    Ehh... teraz już tak nie piszą....

    Na zdjęciach oczywiście z audiovis: Staw w Parku Krakowskim, Alejka w Parku im. Henryka Jordana, Planty.

    0 0
  • 07/26/09--13:24: Jeszcze raz św. Florian
  • Rozwiązanie zagadki czas opublikować :)

    Pierwszy Św. Florian znajduje się.... przy ul. Grodzkiej 40! Płaskorzeźba z XVIII wieku, tam wysoko wysoko. Trzeba przejść na drugą stronę ulicy i najlepiej wejść w bramę, gdzie Pan od dużych zapałek przechowuje swój majątek (oczywiście pod czujnym okiem św. Floriana!). A w bramę trzeba wejść dla własnego bezpieczeństwa, by móc spokojnie podziwiać, ponieważ dorożki ostatnio jeżdżą ... z różnym skutkiem ....
    Św. pa­tron tutaj unosi się na chmurach, lekko wygięty, zalewa wodą z wiadra płonący kościół, a w drugiej ręce trzyma chorągiew.

    Wzorowany na płaskorzeźbie - zagadce nr. 3, która znajduje się .... przy Rynku Głównym 7, czyli kamienicy Montelupich, czy inaczej włoskiej. W tej kamienicy była pierwsza poczta polska - pierwsze połączenie pocztowe do :) Wenecji. Płaskorzeźba z XVI w. wykonana jest w żółtawym marmurze w ciemniejsze żółte smugi, czego teraz raczej nie widać...

    "Św. patron ma na sobie długi kaftan, blachy pancerne okrywają biodra i uda po kolana, łydki i stopy, zaś nagolenniki i żelazne buty. Z ramion spływa na plecy i rozwiewa się w tyle obszerny płaszcz, Na szarfie, przewieszonej przez prawe ra­mię do lewego boku, zwisa szabla o bo­gatej rękojeści.
    Głowę nakrywa szyszak, zdobny w wielki czub ze strusich piór. W wyciągniętej prawej ręce trzyma wia­dro, lewą przyciska do piersi, obejmując nią pięknym ruchem chorągiew, zdobną w dwa wielkie kutasy.
    Święty ma na so­bie strój na poły średniowiecznego ryce
    rza (szyszak z ogromnym pióropuszem), a na poły polskiego husarza (pancerne, blachy, okrywające uda). "

    Tak opisuje tą płaskorzeźbę w "Roczniku Krakowskim" Kazimiera Furmankiewiczówna w 1919 r.

    I na koniec św. Florian zagadka nr. 2 znajduje się na ul. św. Marka 22. Pięknie usytuowany na wysokości pierwszego piętra, między oknami w głębokiej obramowa­nej niszy. Wydaje się być bardziej "wąsisty" od innych Florianków.
    Cho­rągiew, którą trzyma w lewej ręce jest dziś w poło­wie ułamana tak, że za­chowała się tylko jej część dolna.

    Kto mieszkał w tej kamiennicy, czy otaczali posążek szczególnym kultem (i kto złamał chorągiew) nie wiadomo.... Ówczesne księgi adresowe mówią tylko o Piotrze Czubryt, który miał tam "Skład skór i przyborów do obuwia".

    Zdjęcia powtórzyłam. A Rynkowy św. Florian pochodzi z audiovis lata 20-te.

    0 0


    Nowy Rok na blogu zaczynam kulinarnie! Na pusty żołądek nie czytać!!!

    Wiem, że po ponad pół rocznej przerwie powinnam się tłumaczyć, lecz... Nie ma z czego. Swojego lenia i tak nie wybronię :)

    A więc jak i zawsze (powtarzam się niemiłosiernie) mam nadzieję że tym razem wpisy będą regularniejsze. Eh...

    "Kucharz Krakowski" to pozycja obowiązkowa w każdym krakowskim domu. Nie znany jest rok wydania "tej mojej", czytana była natomiast mniej-więcej od 1850 r. Pani Maria Gruszecka oprócz "smacznych i tanich przepisów do kuchni obywatelskiej wg. kuchni krakowskiej, litewskiej :) francuskiej i wiedeńskiej z uwzględnieniem higieny i dyetyki", poleca także obiady na każdy dzień całego roku.

    Autorka jest jednak bardziej znana z pozycji "366 obiadów - praktyczna książka kucharska" (ponownie wydana w latach 30-tych) teraz to już kolekcjonerska pozycja, lecz jeszcze można ją znaleźć (za ponad 100 zł) w antykwariatach czy na Allegro.


    A więc dzisiaj (ok. 150 lat temu) "Kucharz Krakowski" poleca:



    1. Zupa rumiana
    z ryżem - niestety przepis podaje tylko samą zupę rumianą - rozumie się, że trzeba dodać ryż - ile łutów? nie wiadomo. Cudny język ..."z grzankami smażonemi na maślę i w kostkę pokrajanemi..." (tu zaczyna cicho burczeć w brzuchu!)

    2. Kaczki ze sałatą - kaczki pieczone, sałata prawdopodobnie do wyboru - teraz sałatą nazywamy warzywo, a to co miała na myśli Gruszecka - sałatką lub surówką...

    3. Tort kawowy na deser, albo na popołudniowe pogawędki przy herbatce (rozmawia jeszcze ktoś po domach przy herbacie? wizytuje się nawzajem ? ...)

    Ponoć z tej książki dla oszczędnych gospodyń, proponująca tanią strawę, przez lata namiętnie korzystał były szef kuchni "Wierzynka", i tak kuchnia dla niebogatych domów stała się kuchnią jednej z najbardziej luksusowych restauracji. Chociaż teraz proponowałabym im ponowną lekturę "Kucharza Krakowskiego" ....


(Page 1) | 2 | 3 | .... | 5 | newer