Are you the publisher? Claim or contact us about this channel


Embed this content in your HTML

Search

Report adult content:

click to rate:

Account: (login)

More Channels


Showcase


Channel Catalog


older | 1 | (Page 2) | 3 | 4 | 5 | newer

    0 0

    Oglądam Vancouver, hokej w tle, stąd i ten temat - całkowicie nie sportowy :)


    z Czasu 27.1.1855

    Teatr w Krakowie często użyczał swojej sceny dla wszelkiego rodzaju widowisk. W antraktach, a także i podczas oddzielnych przedstawień pojawiały się baletnice, tancerki, olbrzymi,
    karły, akrobaci, atleci, a nawet pokazywano sztuki konne.
    Demonstrowano tu także rozmaite nowe wynalazki jak sztuczne światło słoneczne, świetlne lub mgliste obrazy, czyli wielkie latarnie magiczne. Tutaj też odbyła się premiera kinematografii.

    Najwięcej publiczności ściągali jednak kuglarze i magicy czy tzw. chiromagicy. Ich programy były podobne: wystrzeliwanie żywych kanarków z pistoletu, wydobywanie różnych przedmiotów z kapelusza, jak i zamienianie czegoś w cudo - tak jak u powyższego p. Philippe.
    Początkowo magicy ubierali się w długie, powłóczyste szaty, zdobione w kabalistyczne czy inne tajemnicze znaki, później dominowały zwykle smokingi.
    Przyjeżdżał do Krakowa p. Herrmann - doskonałe naśladował głosy ptaków, p. Berghans -prestidigitator, który do swych sztuczek iluzjonistycznych nie używał żadnych przyrządów, czysta praca rąk!

    W lecie wszystkie widowiska były przenoszone do Ogrodu Strzeleckiego, który był wtedy o wiele większy i cóż.. banalnie piękniejszy ... Do popularności Ogrodu w połowie XIX wieku przyczyniła się działalnośćość gastronomiczno-rozrywkowa Jana Bernreitera, dzierżawił on Ogród w latach 1853-1856. W pałacyku mieściła się kawiarnia i restauracja i to tutaj po raz pierwszy kelnerzy założyli fraki.

    Jan Bernreiter w 1856 r. przeniósł swoją działalność do ogrodu zwanego Rajem (dzisiejsza Rajska), ale i tam nie został na dłużej gdyż w mniemaniu krakusów jego pokazy sztucznych ogni zawsze powodowały deszcze! (wg. Witolda Turdza -"Tajemnice mojej ulicy - ul.Rajska).

    Karuzele i najróżniejsze osobliwości pojawiały się podczas jarmarków pod Wawelem, na Małym Rynku, lub na placu Wszystkich Świętych. Pojawiało się też muzeum anatomiczne. Dla dam były wyznaczone osobne godziny i wtedy wyjaśnienia udzielała akuszerka.

    Pojawiały się tam także marionetki-automaty, np. lalki sióstr Tchugmall były wysokości ok. 45 cm wykonywały bardzo precyzyjne "magiczne" ruchy.

    Po Krakowie wędrowali niedźwiednicy, był nawet uczony konik, który przy akompaniamencie katarynki potrafił liczyć.

    Jak widać Kraków nigdy się nie nudził! Czekam zatem na wiosnę i ciekawe oryginalne widowiska :) A jako, że dzień dłuższy, może wreszcie i wpisy będą częściej...

    c.d (o cyrku w Krakowie) nastąpi niebawem :)

    na podstawie: Maria Estreicherówna "Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863"

    Może ktoś ma jakiekolwiek informacji na temat występów wymienionych tu magików, a także dalszej działalności Jana Bernreitera?

    0 0
  • 03/03/10--14:27: "Czas" na Różanej 603
  • Czas na Różanej 603 upływał z pewnością w pośpiechu...(ale i tak wolniej niż teraz w mojej głowie ... ) przy dźwiękach maszyn drukarskich, przy kurzu z ogromnych stert papieru, przy zapachu atramentu wymieszanego z wonią tytoniu.
    To tam powstawał "Czas" - najstarszy dziennik Krakowa, czasopismo, które przez wiele lat kształtowało umysły krakowskie. Prenumeratorów jak na dzisiejsze czasy była garstka - zaledwie kilkaset - głównie ziemianie, przedstawiciele duchowieństwa, profesura Uniwersytetu. Był to organ galicyjskich konserwatystów i legitymistów, "i drukował często we wtorek to, o czym wszyscy wiedzieli już w poniedziałek" (T.Boy-Żeleński "Znasz-li ten kraj").

    Teraz dla mnie, ta gazeta, to nieustające źródło inspiracji. Zachwycam się każdym paragrafem z "Kroniki miejscowej i zagranicznej", a ostatnia strona - ogłoszenia, podnosi poziom endorfin na cały dzień! Proszę - jeden z tysięcy przykładów:


    Dziś jednak będę pisać o nieistniejącej już siedzibie "Czasu" - dworze Steinkellera/Kirchmayera.
    Budynek ten (patrz u góry) powstał w latach dwudziestych XIX wieku.
    Budowę zaczął krakowski cukiernik Józef Cypser, budował ponad 13 lat, później dworek kupił Piotr Steinkeller (obok), którego śmiało można nazwać I polskim oligarchą. Steinkeller dokończył budowę, miał mieszkać tu długo i szczęśliwie, lecz ... zbankrutował. Cały jego majątek (który to on (sic!) posiadał w Królestwie Polskim) został przejęty przez Bank Polski, a on "znękany niepowodzeniem" w 1853 r. zakończył życie (zmarł na atak serca).

    I takim to sposobem, po licznych przejściach dworek trafił w ręce Wincentego Kirchmayera (ówczesny właściciel "Czasu"), który to w latach 1860-61 go odrestaurował i przeniósł tutaj redakcję oraz drukarnię "Czasu". Sam on mieszkał w bocznym skrzydle zabudowań po prawej stronie budynku.

    Póki istniała siedziba "Czasu" istniał i dworek. W połowie lat 30-tych XX w. redakcja "Czasu" przeniosła się do Warszawy, a dwór zburzono. Za czasów PRL był tu parking, a teraz stoją (brzydko) hotele Classic i Campanille. To wszystko na końcu dzisiejszej ul. św. Tomasza przy Plantach od strony ul. Westerplatte.

    Za czasów Steinkellera w dworku mieściła się tzw. Resursa niemiecka. (Steinkeller wtedy przebywał w Warszawie, on w ogóle dużo podróżował). Wielkie otwarcie lokalu nastąpiło 1 lutego 1851 r. Oto jak to wydarzenie relacjonuje "Czas":


    Lokal ten służył wyłącznie celom rozrywkowym. Tu nie tylko mężczyźni grali w biliard, karty, ale i panie "miały wejście" - niestety wyłącznie te z robótkami w rękach (taka to ówczesna przepustka)!

    Z resursą połączona też była traktiernia i czytelnia. Znaczny procent gości lokalu stanowiły bogatsze Żydówki i mężczyźni Polacy.

    Chociaż wszystkie zabawy miały charakter niemiecki (wszystkie austriackie galówki świętowano bardzo uroczyście), to dziwnym trafem stronili się od tego miejsca zarówno Niemki jak i Niemcy i liczniej odwiedzali polski "Dawny Resurs Krakowski" który się mieścił.... Ot i będzie zagadka :) GDZIE?

    na podstawie: "
    Czasu" i Maria Estreicherówna "Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863"


    0 0
  • 03/09/10--00:18: Wiosenna moda - 1928 r.
  • Wiosna idzie słoneczko świeci, nowe kolekcje w sklepach, nowe trendy na wybiegach, na blogu też:

    Kraków. 18 marca ("Kurier Literacko-Naukowy" 1928 r.)

    "Kostjum, czy płaszczyk? Komplet, czy też żakiet z kontrastującą spódniczką? Płaszcz z rękawami czy cape? Takie pytania nasuwają się w obecnym sezonie przedwiosennym, kiedy pomimo panujących narazie chłodów każda elegancka kobieta myśli o uzupełnieniu braków swojej garderoby.

    Moda obecna jest ogromnie wyrozumiała i dopuszcza wszystkie te formy i fasony. A zatem dowoli możemy nosić i płaszcz i kostjumy, żakieciki ze spódniczkami innej barwy, jakoteż komplety z trzech i czterech części.

    Co się tyczy płaszczów, to zaznaczają się dwa typy. Płaszcz sportowy, lekko wcięty i lekko kloszowy z paskiem w miejscu naturalnej linji stanu, Z wybitnemi rewersami i interesującemi, ku dołowi rozszerzającemi się rękawami. Ulubionymi materjałami na te płaszcze sportowe są miękkie materjaly wełniane o drobnym deseniu.

    Płaszcze bardziej eleganckie odznaczają większem skomplikowaniem szczegółów. A zatem kontrafałdy, plisy, pliski, zakładki, kołnierze szalowe, albo też płaszcze zupełnie bez kołnierzy z rodzajem żabotu. Na tego rodzaju plaszcze używa się przeważnie cienkich wełnianych crepe.

    Żakiety kostjumów są krótsze, ale nie zupełnie jeszcze krótkie i sięgają do bioder, łub trochę poniżej bioder.
    Komplety, jak już wspomnieliśmy, z trzech lub czterech części różnią się tem od poprzednich, że nic są jednotonowe, ale harmonja ich opiera się właśnie na odpowiednim doborze barw kontrastowych.

    Pojawiły się również modele szykownych wiosennych cape'ów.
    Na ilustracji naszej widzimy trzy zasadnicze typy ubrania eleganckiego kobiety na ulicę w nadchodzącym sezonie wiosennym.
    A zatem zgrabny pólsportowy płaszczyk nowego typu cape spacerowy i szykowny."

    (pisownia oryginalna)

    A tak to czas po półtora miesięcznej przerwie wracać do pracy.... Niestety mam mieszane uczucia w związku z tym ... czasu na pewno znowu zabraknie ...


    0 0

    Okazuje się (dzięki Faun!), że brakuje na tym blogu postów opisujących ówczesną męskość. Śpieszę się naprawić ten błąd.

    W dwudziestoleciu międzywojennym moda męska nie przeżyła aż tylu zmian co moda kobieca. Wzorem godnym naśladowania w II Rzeczpospolitej pozostawał ubiór i zachowanie angielskiego dżentelmena, a męską stolicą mody dalej był Londyn.

    Do codziennej pracy w mieście Polacy zakładali wełniane garnitury w stonowanych kolorach ( szarym, brązowym, granatowym ) z dopasowaną, jedno lub dwurzędową marynarką, spodnie w latach dwudziestych były wyłącznie zwężane ku dołowi.


    Komplet z garniturem stanowiła zazwyczaj krótka kamizelka. Można było z niej zrezygnować przy letnim garniturze w kratkę lub z jasnej tkaniny; w warunkach wakacyjnych różnicowano też ubiór kolorystycznie ( np. granatowa marynarka do białych spodni). Niezależnie od miejsca i pory roku garniturowi towarzyszyła biała koszula i krawat o umiarkowanej szerokości i dyskretnym wzorze, czasem zastępowany lżejszym „motylkiem”.

    Na oficjalne uroczystości, bale, premiery operowe i teatralne eleganccy panowie przywdziewali czarny frak, frakową kamizelkę i koszulę ze sztywnym gorsem, wiązali muszkę i nakładali czarne lakierki, a na ich głowach nierzadko pojawiał się cylinder. Na dancingu lub mniej oficjalnym przyjęciu mężczyźni nosili smokingi lub po prostu ciemne garnitury.


    Starsi eleganci pozostawali wierni getrom, laseczce i uroczystemu strojowi wizytowemu: żakietowi ze sztuczkowymi spodniami.


    Jako okrycia wierzchnie noszono latem popelinowe i gabardynowe płaszcze, przepasane paskiem, a w chłodnej porze roku dopasowane, wełniane płaszcze – dyplomatki oraz podbite futrem pelisy.


    Najpopularniejszym męskim nakryciem głowy był filcowy kapelusz o różnym kształcie główki i ronda, rzadziej melonik. Niezbędne uzupełnienie ubioru stanowiły skórzane rękawiczki.

    W modzie męskiej preferowano wysokogatunkowe tkaniny wełniane w ciemnych kolorach, najczęściej gładkie lub w kratę, dodatki z dobrze wyprawionej skóry, jedwabne koszule i krawaty.

    Także polscy dżentelmeni zamawiali garnitury, płaszcze a zwłaszcza wieczorowe fraki i smokingi u renomowanych warszawskich krawców: Zaremby, Sznajdera, Lipszyca, Sikorskiego a buty u Leszczyńskiego, Hiszpańskiego i Kielmana. Jedynie takie wyroby, jak kapelusze, rękawiczki czy bieliznę kupowali gotowe, podobnie jak eleganckie panie.

    W oparciu o tekst "Elegantki i dżentelmeni" prof. dr hab. Anna Sieradzka

    Wyznaczniki męskiej mody lat 2o-tych:

    - odzież tylko najwyższej jakości;
    - marynarka z lekko zawyżoną talią;
    - wąskie spodnie, wysoki stan;

    W Polsce w latach 20-tych nie były popularne szerokie spodnie tzw: oxford bags (chociaż tak naprawdę brakuje mi informacji na ten temat).
    Spodnie oksfordzkie miały ekstremalnie szerokie nogawki – 150 cm! Noszone były przez studentów Oksfordu, później także przez modową awangardę Europy i USA. Ta chwila wystarczyła, by je przypominać zawsze, gdy mówimy o nielicznych, twórczych eksperymentach mody męskiej.

    - kapelusze były noszone z podziałem na stan społeczny, na samej górze pojawiały się cylinder i homburg, klasa średnio zamożna nosiła fedorę (filcowy kapelusz -szczyt popularności w latach 30-tych), mniej zamożni pod koniec lat 20-tych nosili kaszkiet;
    - laska wciąż pozostawała ważnym atrybutem dostojnego dżentelmena;
    - gęste równo podcięte wąsy też świadczyły o prawdziwej męskości;
    - fryzura "przylizana" brylantyną.

    Gadżety:

    Jako, że przeciętny obywatel miał dosłownie parę koszul, modne były odpinane kołnierzyki i mankiety. Najpopularniesze kołnierzyki typu - Arrow.

    Każdy szczegół prawdziwego dżentelmena musiał być przejawem jego nieskazitelnej elegancji, skarpetki też miały w tym swój udział, a mianowicie doczepiano do nich podwiązki - służyły one do podtrzymywania męskich skarpet. Występowały w postaci elastycznej taśmy spinanej lub ściąganej pod kolanem, do której przymocowane były również elastyczne troczki ze sprzączkami podobnymi do żabek służących do zapinania damskich pończoch.

    Ważne były też gumki do podtrzymywania rękawów (każdy księgowy je miał).

    Ah ta męskość minionych lat ... Niektóre atrybuty bym koniecznie przywróciła do współczesnej mody - np. kapelusz fedorę jako symbol męskiej seksualności ( Homprey Bogart!!! Fedora przeżywała pik popularności później, w latach 30-tych/40-tych) i podwiązki do skarpet - a co, niech się pomęczą!

    Ku inspiracji:
    Kino: "Easy virtue" "Cotton club" "Henry i June"
    Książki: "Kariera Nikodema Dyzmy" "Wielki Gatsby"

    0 0

    Ostatnio odcinam się niestety od polityki, wolę tą z poprzednich wieków, chociażby przez to, że już po prostu była-minęła.

    Lecz .... Jako, że jestem czystym tworem Związku Radzieckiego (mama Litwinka, ojciec Mołdawianin, urodziłam się i kawał dzieciństwa spędziłam na dalekiej Kołymie) to ten dzień darzę naprawdę dużym szacunkiem i cieszy mnie inicjatywa uczczenia pamięci poległym w Polsce Rosjanom ( i czy tylko Rosjanom??? W Armii Czerwonej była całkowita międzynarodówka!). Choć tak naprawdę boję się myśleć ile w tej akcji prowokacji ( głosy za i przeciw... a później partie które były za i przeciw) a ile to zwykły dobry ludzki odruch ...

    Mój świętej pamięci dziadek (Mołdawianin) przeszedł całą wojnę, wrócił bez ręki, taką sztywną protezę zamiast miał, za to z wielką siłą - miłością ściskał nią swoich wnuków. Przez to trochę bałam się dziadka. O wojnie ... może i opowiadał, zbyt mała byłam by pamiętać. Lecz wiedziałam, że taka ręka to przez nią, a z dziadka muszę być dumna, bo walczył.

    Babcia (Litwinka) pól wojny z rodziną spędziła w lesie, w jakichś tam leśniczówkach, bo .... "Jak Niemcy byli, to tacy zadbani, golili się codziennie, pozwolili dalej być w gospodarstwie, a później przyszli śmierdzący ruscy i wypędzili ich, wszystko zrabowali, żadnego bydła nie zostało, musieli iść do lasu...." Dla niej 9 maja to pewnie, jak i dla większości Polaków początek końca....

    Dziadek ukochanego, Polak, urodził się niedaleko Zwiahla - Nowograd Wołyński, pod koniec lat 30-tych całą rodziną byli represjonowani do Kazachstanu. Wojna się zaczęła gdy miał 17 lat. Oczywiście armii się nie wybierało ( tak były ponoć jednostki gen. Andersa... ale czy warto było robić tym, którzy zostają w domu Wielki Kłopot?), więc walczył w szeregach Armii Czerwonej. Szedł z III frontem białoruskim przez Białoruś, Litwę, Mazury, pod Kaliningradem został ranny - działo wybuchło zbyt blisko, był demobilizowany, od tej pory ma problemy ze słuchem, ścięte palce. O wojnie opowiada często, raczej jakieś cudowne historię, jakim cudem przeżył tam i tam, jak litewska partyzantka im mosty wysadzała, o zwykłych ludziach we wsiach, jak ich witali lub nie. Opowiadał o 9 maja 1945, jak to pilnując w cywilu jakiegoś tam budynku, nad ranem ( bo w Rosji jest trochę godzin do przodu i dużo stref czasowych, przez to 9, a nie 8 maj!) usłyszeli, że to koniec - ZWYCIĘSTWO! Jak biegał i budził wszystkich, a nikt nie mógł uwierzyć i łzy i radość .... I jesteśmy z niego dumni, i ja i cała jego rodzina. Wspaniały człowiek! I nigdy, choć wiem jak to wyglądało, nie spytam się o sztrafbaty (co którzy szli pierwsi), zagradotriady (ci którzy byli z tylu i pilnowali by nikt nie uciekł) bo i po co... A mnóstwo takich jak on - prostych dzieciaków zginęło tutaj na tych ziemiach... I mnóstwo rodzin do tej pory ich szuka, lub przynajmniej zdjęcia wspólnego grobu (wysyłałam takie niejednokrotnie) i tym rodzinom będzie naprawdę bardzo przyjemnie jak ktoś wspomni i zapali symboliczny znicz.

    A my dziś świętujemy podwójnie - ukochany (pół Polak, pól Ukrainiec :)) ma dziś urodziny!

    Wszystkiego najlepszego Wiktorze!!! :*


    0 0

    Bez komentarza ....

    "Czas", lipiec 1903 r.



    W okolicach ówczesnego Krakowa - spleśniały chleb ...


    Powódź i ówczesne władze miasta (w sumie po tej powodzi plan regulacji wszedł w życie, może teraz też wyciągną wnioski....)


    I na koniec - odważny Krakus podczas powodzi w 1925 r.


    zdjęcie z audiovis.nac.gov.pl

    Więcej zdjęć w poprzednim poście o powodzi:
    tutaj


    0 0

    Wiem , że już prawie tydzień po Świątkach, lecz materiał był pozbierany jeszcze przed ostatnią niedzielą i żaden inny temat póki co mi po głowie nie chodzi. Z góry uprzedzam, że post jest ni to ognisty, ni to krakowski :).

    Święto Zielonych Świątek wiąże się z kultem ognia, które sięga zamierzchłej przeszłości. Jeszcze starożytni Słowianie palili ognie w świętych gajach na cześć boga światła i słońca Jarowita. Ognie palone na wysokich górkach miały pomagać bogom światła pokonywać duchy ciemności i inne siły nieczyste.

    Dla ówczesnych ludzi cały ten okres, zanim słońce wstąpi w znak Raka, był czasem cudów i tajemnic w przyrodzie. Wtedy znikały lub ukazywały się bezcenne skarby, złe duchy najbardziej dokuczały, a przyroda znajdowała się na samym szczycie swego rozwoju.

    Ostatnim wyrazem tych wszystkich tajemnic była Noc Świętojańska, podczas której pojawiał się rycerz bez głowy na czarnym koniu, który miał odwrotnie przybite podkowy.

    Otóż w ten sposób, cały czas w okresie od Zielonych Świątek aż do nocy świętojańskiej, palono ognie po górach i polach. Ogień ten, zwany sobótkowym, miał oczyścić ludzką duszę od grzechów, a ziemię od chorób by zapewnić urodzaj. Chronił także od porażenia błyskawicą, robactwa itd.

    Uroczystości palenia sobótek na terenach polskich, odbywały się przeważnie w noc świętojańską, natomiast w Krakowie i w Małopolsce właśnie w dniach Zielonych Świątek. W całej okolicy od Ojcowa do Lanckorony, od Wzgórza Chełmskiego po kopiec Wandy gorzały tysiące ognisk. Musiał to być niesamowity widok.

    Przy każdym ognisku parobki i dziewczęta :) otaczały kręgiem palący się stos słomy i gałęzi. Często pośrodku tego kręgu buchała ciemnym płomieniem podpalona smolna beczka, a młodzieńce trzymając na długich żerdziach snopki rozpalonej słomy ścigali po polach dziewczyny. Co śmielsi przeskakiwali przez stos pośpiewując pod nosem krakowiaki.

    Zabawa kończyła się okrzykiem "Sobótki na Zielone Świątki", po czym wszyscy rozrzucali po polach spalony popiół i rozchodzili się.

    W XIX wieku w Krakowie zaczęto organizować zabawę ludową na Bielanach. Atrakcjami tych zabaw były rozmaite huśtawki i karuzele, i inne typowo odpustowe rozrywki. Tak samo jak i teraz ,w ten dzień kobiety mogły zwiedzać wnętrze klasztoru Kamedułów.

    Poniżej zabawa na Bielanach w 1926 r. Zdjęcia, niestety nie najlepszej jakości, pochodzą z Kuriera-Literacko Naukowego.

    1. Stragany
    2. Karuzela i piękna dziewczynka na pierwszym planie

    3. Zakochana para (Pana musiał ktoś potraktować ówczesnym Photoshopem :P)



    Na górze obraz Witolda Wójtkiewicza z 1906 r. "Zielone Świątki koło Krakowa", a także zdjęcie z przygotowania podpalenia sobótki udostępnione przez www. gazeta.pl - polecam tam także artykuł "Światło wyznacza porządek" .


    0 0
  • 08/01/10--10:58: Lato pora miłości ...
  • Poniższą notkę znalazłam oczywiście w "Czasie". A więc, dokładnie 110 lat temu pisano:


    "Wczoraj wieczorem około godz. 9, 5 rozległ się na plantach nieopodal nowej poczty huk wystrzału. Z pobliskiej stacyi Towarzystwa ratunkowego bezzwłocznie pospieszyli na miejsce wypadku obydwaj dyżurni i znaleźli broczącego we krwi młodzieńca.
    Strzelił on do siebie z pistoletu w okolicę serca, ale ranił się tylko stosunkowo lekko. Przytomności wcale nie utracił i żałował, że strzał nie był śmiertelny.
    Niedoszły samobójca liczy lat 18 i jest uczniem szkoły średniej. Znaleziono przy nim dwa listy otwarte, i list zapieczętowany z napisem: "proszę oddać to mej matce". Jeden z listów otwartych jest odezwą do "ludzi", żeby nie wymieniali w gazetach jego nazwiska; drugi, wystosowany do przyjaciela zawiera wyznanie, że motywem samobójstwa była "nieszczęśliwa miłość". W liście tym grozi niedoszly sambójca iż zastrzeli się później, gdyby tym razem go uratowano. Desperata odwieziono do szpitala św. Łazarza.
    Na stacyę Pogotowia przybyła wkrótce nieszczęśliwa matka, którą uspokojono, że syn żyć będzie."

    Czas 1.VIII.1900 Nr. 192

    Ah te wakacyjne, sierpniowe amory ... Kiedyś sama nie mając jeszcze lat osiemnastu, patrzyłam z dziwnymi myślami na jezioro, a mewy latające nieopodal, swoim okrzykami tak i zachęcały zostać na zawsze w tym cudownym miejscu. Jak że to ja mogłam się rozstać po 2 tygodniach "idealnej miłości", to było równoznaczne ze śmiercią! Ileż wtedy powstało "dobrej" prozy a ile wierszy! I tylko śnić, budzić się i znowu na silę śnić. Wydawało się wtedy, że serce jest roztrzaskane na drobne kawałki i nikt NIGDY W ŻYCIU nie będzie potrafił tego skleić ... Cóż po niecałych 2 miesiącach było już naprawione, szczęśliwe i zabujane po uszy ....

    A Planty owszem - bardzo suicydogenne miejsce. Wystarczy przypomnieć choćby Tadeusza Żeleńskiego (jak zawsze gdzieś tam była Dagny Juel) śpiącego zimą na plantowej ławce pod pierzyną śniegu. Skończyło się to ciężkim, długotrwałym zapaleniem płuc. Natomiast gdy Władysław Emeryk zastrzelił Dagny w Tyflisie, Żeleński chodząc po Zielonym Pierścieniu "krzyczał w sposób straszliwy nie wymawiając żadnych wyrazów"...

    Wielka jest siła miłosnego obłędu ....

    0 0
  • 08/11/10--12:11: Zburzenie "Czasu" - cd.

  • Natchniona "Nieznanym portretem Krakowa" B. Zbroji i K. Myślika, poszperałam w Narodowym Archiwum Cyfrowym, a tam - "książkowe" zdejęcie, a obok niego jeszcze jedno ... I jakoś tak smutkiem powiało .... Ponoć był to doskonały przykład budynku w duchu klasycystycznym, a takich w Krakowie prawie już nie ma, gdyż zostały właśnie zniszczone lub przebudowane .

    "Czas gasł dość długo w burzonej dziś rezydencji krakowskiej i wreszcie doczekała się ona losu wszystkich opuszczonych ruder, to jest zburzenia, z okazji którego godziło się wspomnieć jej świetniejszą przyszłość. Znika znów dalszy ślad dawnego Krakowa. Życie pędzi i "Czas wylazł z dawnej skorupy, po której już dziś nec locus ubi Troia".
    "Ilustrowany Kurier Codzienny"

    I tak pisano w 1935 r. , że"znika znów ślad Dawnego Krakowa" ... Później już nie pisano takich epitafium na temat usuwania "ruder".


    Poprzedni post o siedzibie "Czasu" TUTAJ.


    Zdjęcia ze strony: audiovis.nac.gov.pl

    0 0

     Jesień zaatakowała znienacka i nie chce puścić, tzn ja czekam aż puści farbę :) i będziemy się tarzać po kolorowych liściach. Na Małym Rynku liści nie znajdziemy, lecz tylko tą porą Mały miał swój niepowtarzalny klimat:


    Zdjęcia pochodzą ze strony audiovis.nac.gov.pl
    "Zwłaszcza jesienią, gdy na dzień targowy przybywały tu jeszcze do zwykłych przekupniów całe gromady wieśniaków z owocami na targ. Jakiż tu wtedy panował ruch, gwar, hałas, życie, jaki ścisk, ile fur wiejskich się tu tłoczyło, ile nawoływań, wykrzykiwań, przekleństw tu się słyszało! Maleńki ten plac tak był natłoczony stekiem wozów, koni i ludzi, że często ani przejść, ani przejechać nie było można. A nad tym wrzącym mrowiskiem ludzkim wznosiły się przepiękne ramy złożone ze starodawnych domów i majestatycznych murów kościelnych. Wtedy to Mały Rynek, wraz ze swym cudownym otoczeniem, huczał i żył pełną piersią ..." 









    Słynne przekupki krakowskie właśnie z Małego Rynku, a szynk Barbera (dom nr. 2) był jakby ich salonem zebrań, który chętnie parę razy na dzień odwiedzały. Można tu było dostać obok wódki herbatę za dwa centy lub też z rumem o centa droższą. 

    wg.  Franciszek Klein "Notatnik Krakowski"

    A na koniec zadam mini zagadkę: dlaczego usunięto stragany z Małego Rynku?







    0 0

    Pogodę mamy przepiękną, czyżby babie lato? Tak wcześnie i tak troszkę ... zimnie?


    Miałam napisać post o tramwajach na Małym Rynku ( gratulacje dla Marka!!!) ale ...
    Wreszcie wybrałam się do Sukiennic.

    To była moja pierwsza wizyta tam, więc porównania do "przed-remontowych" nie mam. Oczywiście najbardziej urzekła mnie sala Siemiradzkiego (nie ma to jak duże obrazy :P), natomiast mój ukochany mnóstwo czasu spędził u Chełmońskiego, wprawiając mnie tym samym w rozmyślania na temat: "Czy aż tak się różnimy?" :) 

    Teraz mam mnóstwo pustych obszarów mózgowych do wypełnienia, wszak nigdy nie interesowałam się malarstwem polskim a nawet czułam się przez nie poszkodowana:
    Kiedyś próbowałam swoich sił na kursie przewodnika miejskiego po Krakowie. Zdawałam egzamin z komnat wawelskich. "Obsługa" kursu  uprzedziła (przy mnie) Panią egzaminatorkę wawelską, że jestem Ukrainką :),   na co moja pół litewska tożsamość stanowczo wyraziła sprzeciw ( uwielbiam Ukrainę, stałam na Majdanie - (po co?) - ukochałam pół Ukraińca, ale ukraińskiej krwi w przodkach się nie znajdzie !!!). Gdy ogłosiłam to egzaminatorce - otrzymałam pytanie: Jakie przykłady malarstwa polskiego znajdują się w Wilnie? :) Cóż pytanie na pewno związane z Wawelem, ale w mojej monotematycznej-komnatowo-arrasowskiej głowie - słabo. Starałam się przywrócić w egzaminatorce wiarę w moją wiedzę, ale jej rozczarowanie we mnie - Litwince, nie znającej malarstwa polskiego, było zbyt wielkie, by  móc słuchać mnie dalej. Oczywiście nie zdałam i tak się złożyło, że zrezygnowałam z kursu. Byłam wręcz przekonana, że takich  pytań, w trakcie kolejnych egzaminów u tej Pani, będzie jeszcze więcej,  a i sam sposób prowadzenia kursu odstraszył mnie od Krakowa i jego historii na długi czas. Teraz uczę się sama, powoli, przy pomocy tegoż bloga. Przewodnikiem nie będę, za to Kraków kocham :)

    Wracając do Sukiennic - jedyne co mam do zarzucenia to brak dobrego światła. Nie wiem, może w pochmurne dni, wieczorem, jest inaczej, lecz teraz ciężko było spokojnie zobaczyć obrazy wiszące u góry. Chodziliśmy w tyły, boki, w dalekie boki, gdyż światła z góry (naturalnego?) było aż za dużo! A kapcie muzealne przeoczyłam - będzie powód wybrać się jeszcze raz! 

    A tak o ukończeniu remontu Sukiennic pisał "Czas" w 1879 r.

    "Czas" 3.X.1879

    Na początku XX wieku zbiory  muzeum szybko się powiększały  i robiło się coraz ciaśniej, co bardzo dobrze ilustruje pocztówka poniżej:

    pocz. XX w.

    W międzywojniu Muzeum w Sukiennicach było często odwiedzane przez ówczesne celebrities. Oto niektóre z nich:

    W 1934 r. Muzeum odwiedził  niemiecki minister propagandy Joseph Goebbels (w jasnym płaszczu). Pewnie już wtedy kalkulował co warto wywozić z Krakowa. Obok niego w pozycji wskazującej :) ówczesny dyrektor Muzeum Narodowego Feliks Koper.

    audiovis.nac.gov.pl

     W 1936 r. swoją obecnością zaszczycił marszałek Edward Rydz-Śmigły ( pierwszy od lewej).

    audiovis.nac.gov.pl

     A w 1937 r., w trakcie swojej podróży poślubnej po Polsce, Sukiennice odwiedziła  Holenderska następczyni tronu -  księżniczka Juliana (w jasnym pomarańczowym płaszczyku).

    zdjęcia pochodzą ze strony audiovis.nac.gov.pl
    A to  - 1940 r. Bez komentarza.

    audiovis.nac.gov.pl
    A teraz zagadka :) Czyje to mieszkanie?
    audiovis.nac.gov.pl

    Jak widać Sukiennice są bardzo wciągające :)

    0 0
  • 10/16/10--12:21: Tramwaje na Małym Rynku


  • Jesień w pełni, ja chodzę senna i ciągle przeziębiona, a głosem skaczę od głośnie charczącego basu do całkowitego silentium,  z czego najbardziej się cieszą współpracownicy, bo wreszcie nie gadam :) 

    Czas dokończyć relację o tramwajach. 


    Zgodnie z odpowiedzią Marka, budowa linii tramwajowych zlikwidowała handel na Małym Rynku. Stragany wtedy przeniosły się .... i tu zagadka - gdzie

    audiovis.nac.gov.pl

    Budowa linii tramwajowych rozpoczęła się w sierpniu 1913 r. -  całkowicie zmieniono układ torów na Rynku Głównym (wzdłuż linii A-B powstał odcinek  aż trzytorowy!).

    Uroczyste otwarcie dwóch linii (1. Sienna - Mały Rynek - Rynek Główny - Sławkowski - Dworzec Towarowy i  2. Poczta Główna - Lubicz - Mogilska) nastąpiło  20 grudnia 1913 r.

    Tak to wydarzenie relacjonuje "Czas" wydanie z tego samego dnia:

    mbc.malopolska.pl/dlibra
    " W salach firmy Hawełki Spółka urządziła przyjęcie. W czasie śniadanie wzniesiono kilka tostów ...." Alkohol z samego rana? :)


    Lecz nie wszyscy świętowali. Jak przystano na Krakusa, ponarzekać trza!


    "I tak z powodu tramwaju zniszczono jedną z najciekawszych osobliwości miasta. I nie trzeba myśleć, że wtedy kiedy go niszczono nie było protestów. Owszem, w dawnym Towarzystwie Ochrony Piękności Krakowa robiono wszystko by odwrócić niebezpieczeństwo. Cóż kiedy przedstawiciel magistratu oświadczy, że tramwaj musi być przeprowadzony przez środek Starego Miasta "gdyż dla kogoś, kto jedzie na bombę piwa do Hawełki nie jest obojętnie, czy tam zajedzie tramwajem, czy od Plant będzie musiał iść piechotą". 
    F.Klein "Notatnik krakowski"


    Z pewnością te słowa należą do kogoś kto 20 grudnia u tegoż Hawełki wznosił toast za nowe tory, którymi tramwaj nr 6? woził nie jedno urzędowe, z pewnością dość postawne, ciało. 



    Plan centrum z zaznaczonymi liniami tramwajowymi


    0 0
  • 11/07/10--12:03: Tajemnica handlowa
  • Czasami jest tak, że zagadki robią się trudne same z siebie i przerastają ich autorów!!!

    Byłam pewna, że przekupki powędrowały z Małego Rynku na plac Szczepański, cóż, to chyba prawda połowiczna, gdyż w licznych wspomnieniach z tego samego okresu znaleźć  możemy je także na Rynku Głównym...

    Potrzebuję Waszej pomocy w obaleniu lub potwierzdeniu teorii, że na placu handlowano wyłącznie owocami i warzywami, a na Rynku całą resztą :) Inaczej nie będę mogła spać po nocach!!! A wątek mało podniosły trzeba przecież skończyć!

    Tak czy siak temat mamy już zadany i przechodzimy zatem do jego rozwinięcia:

    Z pewnością możemy stwierdzić, że przed I wojną światową Rynek Główny był bardzo oblegany:

    "Od rogatek ciągnęły się ku Rynkowi i ku innym publicznym placom sznury chłopskich furmanek wyładowanych wiejskimi produktami. Płonęło miasto od barwnych spódnic i nabijanych gęsto cekinami gorsetów bronowickich pękności. Przywoziły one z tego podmiejskiego, bogatego spichlerza pszenne, białe kukiełki, ogromne kołacze z serem, niby słońca żółte od szafranu. W kramach na Rynku piętrzyły się potem w wysokich stosach, rozpylając drażniący, słodkawy zapach świeżego pieczywa. Mieszał się on z zapachem suszonych grzybów i owoców - śliw, grusz, jabłek - z primitywnych, chłopskich wędzarni. Na długich stołach stały kamionkowe stągwie z mlekiem i śmietaną, stosy masła i sera przekupek nabiałowych, a obok ustawiały się w długie rzędy kobiety z okolicznych wsi z bańkami mleka, z nabiałem i ptactwem domowym ... "
    Tadeusz Socha " W kręgu lampy naftowej"

    Podobny klimat i zapachy panowały również w dwudziestoleciu międzywojennym:


    Handlarz wędliną

    Ach, te kiełbaski!

    Jajka, komu jajka?

    Jesienny spleen

    Handlując drobiem

    Po ile serek?

    Sprzedawano też sukno

    A w sezonie - grzyby

    To wszystko oczywiście na Rynku Główny - widzimy cudowny zarys arkad.
    A to jak mniemam już plac Szczepański?
    Pałac Sztuki w tle?

    A gdzie to?

    Szczepański czy nie Szczepański?
    Wszystkie zdjęcia pochodzą z audiovis.nac.gov.pl
    Ja się jednak nie poddaję i zadam kolejną zagadkę (odpowiedź znam!!! :)) 

    Jaki  dość dziwny rodzaj "handlu"  panował na Rynku Głównym pod koniec XIX wieku?


    0 0
  • 12/05/10--11:53: Zima zimą, a buty mokną
  • Zimę uwielbiam!!! Wtedy można leniuchować i przesiadywać w domu pod kocem bez żadnych większych wyrzutów sumienia. Jedyny problem - w Polsce, w Krakowie zima jest zbyt ciepła. Co z tego, że śnieg sypie ładnie, jak za chwilę (od jutra?) znowu pod nogami będzie śnieżno-wodno-solna plucha ... A buty mokną ...

    W latach 30-tych już  od wczesnych jesiennych miesięcy zapobiegano przemakaniu obuwia stosując taką to mieszankę:

    "Moja Przyjaciółka 10.1.1934
    Ciekawie jak wyglądało obuwie po zastosowaniu tego cudownego "eliksiru"  :) :)

    Poza tym naoglądałam  się kina niemego w ramach XII festiwalu  pod Baranami, a konkretnie w Mangghdze. Akompaniamenty były wyśmienite, zwłaszcza występ czeskiego zespołu "Forma" do filmu "Erotikon" - mniam, mniam!!! Wracałam po ich występie późno, mroźnie i samotnie, ale z taaaaakim wielkim mega-wielkim bananem na twarzy :D
    Natomiast wczoraj pogrążałam się w klimaty noir wraz z ulubioną i opisywaną tutaj Anną May Wong w filmie "Piccadilly" (reż. Ewald Andre Dupont).
    Była bardzo uwodzicielska, choć nie tak piękna jak na zdjęciach. 

    Zdjęcie do plakatu filmowego


    A to kadr z filmu



    0 0
  • 01/29/11--14:24: Męska moda lat 30-tych
  • Śnił mi się koszmar, że cała blogosfera stała się dla mnie niewidoczna, a przy logowaniu się na blogspot wyskoczyło - " Profil zablokowany! Twoje wpisy są zbyt rzadkie - nie szanujesz BLOGGERA" :)
    Muszę za tym koniecznie zmniejszyć swoje  poczucie winy, które jak widać zbyt mocno ugrzęzło w podświadomości.

    Dzisiejszy męski temat na życzenie Yuri'ego. 


    Po II wojnie światowej pojęcie przedwojennej elegancji i dżentelmeńskich manier było ośmieszane i dyskredytowane, jako nie pasujące do  ustroju socjalistycznego.  Dzisiaj też jesteśmy skłonni postrzegać tą modę jako  - ... kostium historyczny. Sądzę jednak, że wskazówki dotyczące wyglądu eleganckiego dżentelmena lat 30-tych  są nadal  bardzo aktualne i wolałabym, żeby w krakowskich kawiarniach otaczali mnie właśnie tacy klasyczni gangsterzy (ale to takie moje malutkie zboczenie).

    George Raft

    Wszyscy wtedy byli piękni - żołnierze, kierowcy, zwykli urzędnicy i przestępcy. Ubierali się ze smakiem, choć  wybór jakościowych  materiałów na garnitury, po  kryzysie 1929 r.,  którego skutki odczuła także i Polska, pozostawiał wiele do życzenia.

    Zmienił się krój marynarek - noszono marynarki powiększające tułów (kwadratowa linia kroju, poduszki, zwężony rękaw -  optycznie zwiększali szerokość w barach)  – mężczyzna lat 30-tych nie mógł wyglądać jak ofiara kryzysu.
    Marynarki dwurzędowe miały po 4, 6 a nawet 8 guzików. Wraz z szerokimi spodniami, sprzyjającymi swobodzie ruchów - tworzyły istną rycerską zbroję! 
    Płaszcz godnie podtrzymywał rycerski wizerunek - szeroki w ramionach, duża ilość guzików, dwurzędowe zapięcie ...



     Summa summarum każdy  ówczesny szanujący się Pan w swojej garderobie musiał posiadać:
    - dwa garnitury;
    - trzy koszule, z 10 nakładanych mankietów, 3 kołnierzyki ( w tym jeden koniecznie sztywny - stojący); wiele krawatów, szaliki i bawełniane chusteczki;
    - marynarka "kapitańska" lub blezer;
    - 2 płaszcze: w zimnej i ciepłej tonacji;
    - 3 pary butów: - czarne, brązowe, białe/kremowe;
    - 2 kapelusze typu fedora lub homburg: czarny i jasny;
    - duży parasol i ew. laskę;
    - 3 pary rękawiczek;
    - piżamę, szlafrok i bieliznę w dużej ilości;
    - strój wieczorowy - frak/smoking, lakierki, białe rękawiczki, biały szalik, płaszcz bez rękawów, lub długą marynarkę - gehrock.
    - styl, klasę i szyk !!!

    Tak jak kolejny przystojniak - Gary Cooper
    Oczywiście to jaki się miało wygląd zależało przede wszystkim od krawca. W stolicy dalej najlepsi to  - Zaremba,  Sznajder,  Lipszyc,  Sikorski. 

    A tak według "Mojej Przyjaciółki" powinien wyglądać elegancki mężczyzna  A.D.  1937. Koniecznie - dwurzędowy garnitur!




    Jednorzędowy - wyłącznie do podróży,  lub u tych, którzy  stali się  jednak ofiarami kryzysu ....







    Wyznaczniki męskiej mody lat 3o-tych:


     - Pierwszy męski katalog mody - "Apparel arts"  z  próbkami tkanin - biblia ówczesnej mody. ( Znany teraz jako "Gentleman’s Quarterly")



    - brak podkoszulka! W 1934 r. Clark Gable (kolejny przystojniak!!!) rozebrał się w filmie "It happened one night" i pokazał nagą klatę - od tego momentu sprzedaż T-shirt'ów spadła aż na 75 %!!! Clark Gable sprawił też że styl  "casual" stał się bardziej popularny.



    - jedwabna wzorzysta piżama lub szlafrok;


    - jedwabne szaliki - (mmmm tutaj też kłania się Clark Gable);


    - homburg, trilby lub fedora z szeroką wstążką; 




    - mały wąsik,  brody, bródki - surowo zabronione;

    - "gangsterskie" garnitury w paski, lekką kratkę;

    - granatowe, niebieskie garnitury - zaczął je nosić Edward VIII Windsorski (ówczesna ikona mody!), uważał, że  ten kolor bardziej pasuje do sesji fotograficznej . Czarne garnitury przy zdjęciach traciły fakturę tkaniny.

    Na koniec plotka o pierwszym przystojniaczku - George'u Raft. Ponoć był on kierowcą Al Capone, a później zagrał w kinowej biografii swego szefa.  Al Capone uwielbiał ten film i miał u siebie wielki plakat filmu  "Scarface" z  1932 r. ( nie mylić ze "Scarface"  z Al Pacino).



    Cóż jestem pewna, że dzisiejszej nocy nie będą mi się śnić koszmary, tylko mieszanka Clarka Gable'a  z Garym Cooperem  z nosem Raft'a ...

    Ku inspiracji: Blog o klasycznej męskiej elegancji: http://macaronitomato.blogspot.com/


    0 0
  • 02/04/11--07:14: Dorożki w dawnym Krakowie
  • W sobotę 1 lutego 1913 r. "Czas" burzliwie omawiał demonstrację dorożkarzy :


    "Dzisiaj rano przed dyrekcyą policyi w ulicy Mikołajskiej, wzdłuż plantacyj aż do ulicy Kopernika ustawiło się około trzydzieści doróżek jednokonnych. Wożnice zeszli z kozłów i udali się na górę do radcy dyrekcyi polycyi Dra Banacha z żądaniem, aby dopuszczono och doróżki na stanowiska w Rynku głównym. W Krakowie są dwie kategorye doróżek: "gumowe" i "żelazne". Gumowe utrzymywane są starannie i mają dobre konie; można je nazwać doróżkami I klas; żelazne bez gum na kołach, są mniej eleganckie i mają gorsze konie. Jest też różnica między woźnicami obu kategoryj. Dyrekcji policyi wyznaczyła lepszym dorożkom stanowiska  w Rynku, gdzie ruch jest największy, a innym w ulicach bocznych i przedmieściach. Publiczność za obie klasy doróżek płaci te same ceny, doróżkarze zatem nie ponoszą szkody. Obecnie żądają właściciele doróżek "żelaznych", aby dyrekcja polycyi nie robiła różnicy między powozikami lecz wszystkie dopuszczała na równe stanowiska w Rynku, bocznych ulicach i na przedmieściach.
    ( ...) 
    Szablon żądany przez właścicieli żelaznych doróżek, leży zapewnie w ich interesie, ale nie w interesie publiczności, która zawsze omijać będzie gorszą doróżkę. Ponieważ jednak takie wybieranie lepszych doróżek dawałoby powód do starć i awantur, więc lepiej zostawić tak jak się dzieje wszędzie, pierwszorzędnym doróżkom pierwszorzędne, drogorzędnym drugorzędne stanowiska." (pisownia oryginalna)

    Jak widać nawet podział na kategorie dorożek  był nieobecny w Krakowie - jakoś tam się  wcześniej dogadywali  i "żelazni dorożkarzy" nie byli skłonni do zmian. 

    A teraz do zmian nie jest skora "publiczność" - Zmiany w krakowskiej komunikacji to konieczność.

    Tak czy siak, cennik przejazdów w  "gumowych" czy "żelaznych" dorożkach był jednakowy, różnica polegała tylko na liczbie koni:

    cennik z 1903 r.

    Dorożkarz zobowiązany był do jak najkrótszej jazdy, chyba, że "gość nie objawi pod tym względem innego życzenia", a także  powinien być uprzejmym, nie wolno mu było palić cygar, musiał także często pokazywać zegarek :)  

    Wyjątek  z przepisów jazdy dla doróżek jedno -i dwukonnych w Krakowie (1913 r.)


    W całym obrębie Krakowa miały jeździć po lewej stronie ulicy, wymijały po prawej (na mostach kategoryczny zakaz wymijania!). Prędkość jazdy: 1 km około w 6 minut, na podmiejskich drogach  ta sama odległość w 7-8 min. Do dorożki jednokonnej maksymalnie mieściło się: dwie osoby i jedno dziecko, do dwukonnej: 4 osoby dorosłe i dwoje dzieci. Opłacanie myta kopytkowego (pobierane na rogatkach przy wjeździe i wyjeździe? do miasta) było w obowiązku gościa.

    audiovis.nac.gov.pl

    Od 1855 r., gdy po wielkim pożarze wyszła nowa ustawa przeciwpożarowa, dorożki mieli obowiązek być "użytecznymi do dowozu wody i narzędzi ogniowych".

    Plac Latarni - Postój dorożek w lewym boku, na pierwszym planie nieistniejący most na starej Rudawie, a głębiej - Kossakówka
    zdjęcie Ignacego Kriegera z wawel.net

    Na Rynku ulubione miejsce dorożkarzy to studnia przy kościele św. Wojciecha. Ttutaj nie tylko poili konie, lecz myli i czyścili swoje zabłocone  pojazdy,  a także wierzchnią odzież, by mieć bardziej "towarowy" wygląd. Powozy stały też na placu Szczepańskim, przy teatrze i przed dworcem kolejowym, a także na Placu Latarni (dzisiejszy plac Kossaka) i  na ul. Krupniczej ( stąd właśnie jechał Konstanty Ildefons Gałczyński z czarującym fiakrem  - Janem Kaczarą).



    audiovis.nac.gov.pl
    "Siadajcie więc panowie 
    Wio, jazda! Czasu szkoda"


    Ciekawa jestem od kiedy zamiast "doróżka" piszemy - "dorożka". Może jakiś filolog wie?


    0 0

    Wiosna w pełni z małą przerwą na dziś (dach mi przecieka!!!). Uczucia, odczucia się wyostrzają ...


     I na wiosnę chcemy się bić :) Ja się biję ze swoim lenistwem, i zwalczam zarazki prokrastynacji, ktoś wczoraj pojechał do mojej ojczyzny i tam też ostro się tłukł, a w Krakowie pod koniec XIX wieku tradycyjnie lali się przy alkoholu.


    31 marca 1896 r. "Czas" pisał:

    "Zbrodniczy napad". W sobotę po południu około godz. 5 do sklepu p. Jana Deptucha przy ul. Szewskiej, wszedł Paweł Michno, właściciel restauracji przy tej samej ulicy pod l. 20, w towarzystwie nieznanych dwóch osób. Goście zażądali do wypicia koniaku. (.... Ciekawe, jak często sklepy w tych czasach służyły za  pijalnie? ) Widząc znajdujących się w handlu kilka osób, ostrzegł jeden z przybyłych Michnę, by tenże "przy gościach obecnych" powziętego zamiaru do skutku nie doprowadzał. Michno, nie zważając na zwróconą mu uwagę, wydobył przyniesiony z sobą dużych rozmiarów nóż i poprzez oddzielający stół ekspedecyjny chciał zadać cios p. Deptuchowi. Zagrożony, szybkim ruchem uchylił się i uniknął niebezpieczeństwa. Obecni goście, chcąć sprawcę zamachu ubezwładnić, poczęli rzucać w obronę napadniętego butelkami, co spowodowało ustąpienie napastników. Dodać należy ze sprawca zamachu kilka dni nosił się z zamiarem zbrodniczym, lecz nie wymieniał ofiary na którą czychał. Powodem był prawdopodobnie zawiść konkurencyjna."

     Niestety, Paweł Michno nie był wcale właścicielem restauracji pod numer 20, chyba że "Kalendarz Józefa Czecha" z 1896 i 1897 kłamie.

    Wykaz właścicieli posiadłości przy ul. Szewskiej

    Za dwa lata od tego wydarzenia, do Krakowa przybędzie St. Przybyszewski i też będzie często przesiadywał na Szewskiej, tyle, że pod numerem 27.

    A wiecie, że  w międzywojniu Szewska była najmiej fotografowaną ulicą około-Rynkową ...



    0 0

    Początek jak zawsze o pogodzie :) Kwiecień w pełni przeplata zgodnie z przysłowiem. Wiatr dmucha migrenowo i nostalgicznie. Moje wygłaskane w słoneczną pogodę okna poddaszowe są znowu feerycznie brudne - cóż, taki urok mieszkania pod dachem  (natomiast jak założę okulary :P to widzę z nich Ratusz !). W głowie kołowrotek z planów, podróży, chęci i nieprzeczytanych, za-Kindle-owanych książek. (Wreszcie przeczytam wspomnienia W. Kossaka polecane przez Adę, gdyż w postaci książkowej nie znajdziesz tego ze świeczką! a z laptopa oczy parują ...)

    Czas na pokaz wiosennej mody

    Jumper na topie!





    Kraków. 23 marca ("Kurier Literacko-Naukowy" 1926 r.)


    "W modzie wiosennej zaznacza się wyraźne upodobanie do jumpra, który przestał być wyłącznie bluzą roboczą i sportową, a znalazł zastosowanie przy eleganckich toaletach wizytowych, spacerowych a nawet wieczorowych, Spódniczki w dalszym ciągu pozostają krótkie, a miejsce kloszów, które stosunkowo krótko utrzymały się na stanowisku, zajęły kontrafałdy. Spódniczka lekko poszerza się dołem, jednakowoż zachowuję linję smukłą i sylwetki nie pogrubia. Żakiety kostjumów są krótkie i przeważnie przecięte paskami. Godnem zanotowania zjawiskiem jest pojawienie się znowu talji, która zaznacza się lekkiem oczywiście wcięciem. Na ilustracji naszej widzimy kilka szykownych, najnowszych modeli paryskich."
    (pisownia oryginalna)


    Dziwne "pyszczki" mają Panie modelki :)

    0 0

    Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że od środy w "Gazecie" znów będą się ukazywać "Spacerowniki po Krakowie" i jako pierwszy będzie spacer po kawiarniach Krakowa. Jako, że mnie wtedy w Krakowie nie ma (piękna Suwalszczyzna czeka!) proponuję mój spacer - osobisty :)

    Oczywiście zaczniemy od knajpy w której  przesiaduję najczęściej, mianowicie od "Bunkier Cafe". Ostatnio w ramach zakazu palenia została ona podzielona nierówno na części dla tych niegrzecznych i grzecznych, przez co zrobiło się tam mniej przytulnie. A jako, że ja ciągle nie umiem się zdecydować do której kategorii należę, czasami pijąc kawę muszę biegać przez te drzwi to tu to tam :) Ale nie o tym mowa :)


    Historia tego miejsca rozpoczyna się od ogrodu domu "Pod panem Jezusem", który stoi frontem do placu Szczepańskiego (dziś nr 3). W XVI w. mieścił się tutaj  szpital dla ubogich pod wezwaniem św. Szczepana, a w 1890 tą posiadłość nabył krakowski kupiec i radca miejski Roman Drobner.

    Na początku handlował  on farbami i artykułami sanitarnymi, szybko się dorobił i w 1904 r. wg projektu Jana Zawiejskiego został zbudowany przestrzenny i wysoki pawilon kawiarniany, utrzymany w modnych wówczas secesyjnych formach.

    Szkice projektu:



    Ówczesni mieszkańcy Krakowa nie byli zachwyceni tym przedsięwzięciem:

    "Gorzej jest z budynkiem restaracyi Drobnera, który pretensyonalną krzykliwością swego stylu uderza niemiłe oko. Równocześnie sam właściciel tego zakładu przyczynia się do oszpecenia plantacyi w gorszący sposób. 

                   

    Pominąwszy już dziwny co najmniej pomysł kąpielowych koszów, osłonę przed słońcem w cieniu wielkich kasztanów - trudno powstrzymać oburzenie na widok, w najwyższym stopniu brzydkich i niesmacznych szyldów ogłoszeniowych malowanych na ścianie kawiarni, reklamujących firmę sklepu R. Drobnera i inne.

    Nie dość, że restauracya Drobnera ciągnie zyski z plantacyi nie poczuwając się zupełnie do obywatelskiego obowiązku upiększenia choćby tylko tego kawałka ogrodu przez siebie zajmowanego, ale przeciwnie nie gardząc nawet tak mizernym dochodem jak czynsz za wynajem muru pod reklamę - w tak gorszący sposób oszpeca nam ten najpiękniejszy ogród jakim są plantacye krakowskie..."
    (Franciszek Klein "Planty Krakowskie")

    Może właśnie z powodu niezadowolenia mieszkańców Krakowa , po paru latach prosperującej działalności  - 13 lutego 1907 "Drobnerion" spalił się. (Wzmianka o tym w poście o pożarach w Krakowie - tutaj). 

    Powodem była niby to źle zrobiona instalacja elektryczna ( Elektrownia Krakowska na łamach "Czasu" tłumaczyła czytelnikom, że tak się dzieje - "kiedy ogolone kabelki stykają się ze sobą"), niby umyślne rozproszenie ognia.
    Dokładnie o wielkiej akcji gaszenia (znowu Feliks Nowotny się kłania) i samym pożarze pisał "Czas". 

    UWAGA  dużo małych literek w 3 częściach dla  tych najbardziej głodnych wiedzy! (powiększa się klikając :))





    wracamy do 1 :)
    Widok po pożarze był przerażający. Część pięknego, malowanego sufitu, z którego zwisały lampy łukowe, runęła do środka, zasypując posadzkę hali przepalonymi belkami. Wszystkie lustra i szyby popękały z kretesem.
    Sala restauracyjna

    Lecz jako, że pawilon restauracyjny był ubezpieczony częściowo w krakowskim Towarzystwie Wzajemnych Ubezpieczeń, częściowo w paryskim "Feniksie", już w kilka dni po pożarze prasa doniosła iż:
    "popularny w Krakowie twórca najpiękniejszych w mieście naszym budowli, profesor Jan Zawiejski, postanowił odbudować drewniany pawilon z halą restauracji i z koncertową dla kawiarni Drobnera w taki sam sposób w jaki wyglądała ona przed pożarem". 
    Z pewnością do tak szybkiej odbudowy przyczynił się fakt iż wuj Romana Drobnera był dziadkiem Jana Zawiejskiego :) 

    ....to be continued.... :)





    0 0

    Lato w pełni, upału brak, przez to mózg się nie przegrzewa i leniuchuje. Od dziś mini-urlop (jedziemy na zieloną Ukrainę - Lwów-Stryj) i żeby odpoczynek nie ciążył wyrzutami natury blogowej, kontynuuję opowieść o dziejach jednego lokalu.


    Skończyliśmy na szybkiej odbudowie - w 1908 roku "Drobnerion" powstał na nowo, niby feniks z popiołu.

     Po śmierci Romana  w 1913 roku, jego żona nie była w stanie sama utrzymywać lokal i wydzierżawiła go jako kinoteatr. Obszerna widownia mogła pomieścić do 400 widzów, a kino otrzymało nazwę "Wisła". Niestety po pierwszej wojnie światowej kino zostało zlikwidowane.

     Po 1918 roku, nowym dzierżawcą "Drobnerionu" został Leon Wyrwicz -  legendarny  aktor, i urządził tam kabaret "Rozmaitości". Scena mieściła się od strony Plant, a po bokach urządzono dwie garderoby, przywrócono także stoliki i krzesła, przywracając tym samym atmosferę kawiarni.

    Leon Wyrwicz w kapeluszu!
    Pan Wyrwicz był jedną z charakterystycznych krakowskich postaci. Na głowie zawsze, niezależnie od pory roku nosił przedziwny kapelusz:
    "Od innych normalnych śmiertelników odróżniał się tym, że chodził zawsze w ciekawym kapeluszu, płócienno-wełnianym z otworkami do wentylacji. Kapelusik był koloru szarozielonakwego, zawsze pomięty, wywinięty, zgięty. A że tkwił na głowie owego pana cały boży rok - lato i zima - toteż wzbudzał u nas ciekawość zwłaszcza, że fason ten był w Polsce zupełnie nieznany."
    Antoni Wasilewski "Sylwetki krakowian"

     Za dnia Leon Wyrwicz był Leonem Haraschinem - kolejowym urzędnikiem, adiunktem do spraw biletów i reklamacji. Ponoć w życiu codziennym nie szafował zbytnio humorem. Za to wieczorami doprowadzał cały Kraków do łez swoimi monologami o życiu furmana,  lub o wychodku (ówcześnie - "sławojce"), czekającym na przybycie imiennika - premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego.

    Usuwanie zwalonego drzewa na Plantach w Krakowie, w tle "Udziałowa"

       Niestety, kabaret nie zadomowił się na dłużej. Sala lokalu była zbyt duża i  nadawała się bardziej na koncerty aniżeli na intymną sztukę teatralnego monologu.

       W latach dwudziestych kolejni dzierżawcy zamienili go w podrzędny lokal dancingowy, najpierw pod nazwą "Polonia", a następnie - "Udziałowa".

       Wiosną 1927 roku - "Drobnerion" został przejęty przez Jana Bisanza, gastronomicznego magnata, właściciela kilku innych kawiarni i restauracji, (m.in. właściciel hotelu "Grand"), który przywrócił mu dawną kawiarnianą atmosferę i  nazwał z francuska  - "Pavillon". Taki stan rzeczy utrzymywał się do początku II wojny światowej.

    Dancing Syndykatu Dziennikarzy Krakowskich w "Pavillonie" - królowe karnawału
    W "Pavillonie" szczególną popularnością cieszyły się koncerty Adolfa Górzyńskiego - znakomitego skrzypka. Goście kawiarni przepadali za nim, bo wiedział co lubią stali bywalcy i często grał ich ulubione melodie. A tuż przed  wojną podziwiano zespół najsłynniejszego chyba wtedy z krakowskich kapelmistrzów - Benniego Wassermanna
    I tutaj też warto wspomnieć pewną anegdotkę związaną z  Leonem Haraschinem-Wyrwiczem:
    "Jednym z najlepszych kawałów Wyrwicza w życiu prywatnym był kawał ze znanym dyrygentem orkiewstry Wassermanem. Nie znosił on, by w czasie jego koncertu ktoś przechodził przez salę. I zdarzyło się raz, że właśnie Leon Wyrwicz ośmielił się przejść przez parkiet. Wasserman mementalnie przerwał koncert. W tydzień później Leon Wyrwicz zrewanżował się. Już u progu zdjął buty i krocząc w skarpetkach, na paluszkach. trzymając w górze obuwie, przeszedł salę. Koncert wziął w łeb! Wybuch śmiechu zagłuszył orkiestrę."
    Antoni Wasilewski "Sylwetki krakowian"



       Podczas okupacji urządzono w "Drobnerionie" ekskluzywne Volksdeutsches Ringkasino, a przez kilka powojennych lat działała tu kawiarnia z dancingiem "Adria".

    W latach pięćdziesiątych lokal zamieniono na jadłodajnię II kategorii pod nazwą "Powszechna".

    Dopiero w 1956 roku kawiarnię odnowiono i  przemianowano na dancing "Esplanada".  Na początku Stefan Otwinowski i Tadeusz Kwiatkowski próbowali tu utworzyć "Teatr Satyryków", ale w końcu zwyciężyły pokazy striptizu i  jako pierwsza w Krakowie "Esplanada" gorszyła negliżem.

      Dobra passa trwała zaledwie 3 lata.  Niestety, na posiedzeniu Prezydium Rady Narodowej m. Krakowa - 25 lutego 1959 roku - zapadła uchwała, na mocy której na miejscu kawiarni-dancingu ma powstać  pawilon wystawowy.

       Inicjatorem tego przedsięwzięcia był właściciel realności, najmłodszy z synów Romana Drobnera - Bolesław, gorliwy działacz partyjny.

    "Esplanada" koniec lat 50-tych
    Secesyjny pawilon został zburzony, a na jego miejscu powstał dobrze nam znany "Bunkier".

    Jeszcze pod koniec lat 70-tych nie było wiadomo na jak długo zawitał nowy pawilon w krajobrazie placu Szczepańskiego.
     Jan Adamczewski pisał:
    "Otrzymuję często listy z zapytaniami, kiedy to cudo zostanie zburzone? Tymczasem bunkier wrósł już w otoczenie i właściwie to nawet smakoszów przestał razić. Poza tym jest to budowla nader dla plastyków użyteczna, a jej zburzenie nie przewróci stanu poprzedniego, najwyżej wywoła nową dyskusję (co zrobić z placem po "Drobnerówce"), a przecież - prawdę powiedziawszy - w Krakowie mamy za dużo dyskusji, a za mało działań."
    Jan Adamczewski "Ech, mój Krakowie"

    Święte słowa :) przez 40 lat nic się nie zmieniło w tej materii :)

    Całokształt na podstawie zdjęć z audiovis.nac.gov.pl, "Na krakowskich Plantach" Andrzeja Kozioła i artykułu  Krzysztofa Jakubowskiego w "Dzienniku Polskim".

older | 1 | (Page 2) | 3 | 4 | 5 | newer